Nordycka Planeta

Polskie blogi o Północy w jednym miejscu

Naszym celem jest zebranie w jednym miejscu najnowszych wpisów z blogów poświęconych szeroko rozumianej tematyce nordyckiej.

Stacja Islandia

K.óla :: Allt verður alltílæ (recenzja)

K.óla to pseudonim artystyczny 22-letniej Islandki Katrín Helgi Ólafsdóttir, która pochodzi z niewielkiej miejscowości Hafnarfjörður. Katrín zaczęła grać na pianinie klasycznym w wieku 9 lat. Kilka lat później zaczęła grać na fortepianie jazzowym, ale nigdy nie lubiła ograniczać się do nudnych ćwiczeń, dlatego szybko zaczęła komponować własne piosenki. W 2012 roku dołączyła do indie dream […]

Pat i Norway

"Na zdrowie!" czyli ci nieuprzejmi Norwegowie.

Czy słyszałeś kiedyś Norwega mówiącego "na zdrowie" w odpowiedzi na czyjeś kichnięcie? A może wiesz, jak brzmi odpowiednik polskiego "na zdrowie" po norwesku? Dziś krótko o pewnej ciekawostce językowej.



AAATSJHOOO! czyli APSIK!

Jeśli zwróciłeś/aś uwagę na to, że nikt nie reaguje w Norwegii na kichające osoby to dobrze Ci się wydaje. Rzadko kiedy usłyszymy to z ust tubylców a jeśli już to raczej od osób starszych. Wynika to z pewnej ciekawostki kulturowej o której rzadko kto już pamięta - a tym samym nie używa tej formy. Gotów na odrobinę magii?

PROSIT! 

W dawnych czasach wierzono, że kichnięcie powoduje wystrzelenie duszy w eter. Dosłownie - że dusza opuszczała nasze ciało w tym momencie. Problem polegał na tym, że dusza "na wolności" była narażona na spotkanie złych mocy. A to mogło sprawić, że opęta ją diabeł. Na szczęście można było tego uniknąć przy pomocy jednego magicznego słowa. PROSIT (czyt. PRUSIT) wypowiedziane przez kogoś po kichnięciu skutecznie zatrzymywało ciemne moce. 

Samo słowo PROSIT z łaciny PRO SIT znaczy "niech tak się stanie/niech Ci to zrobi dobrze". W tej samej formie można je znaleźć w języku szwedzkim czy włoskim. Jeśli prosit przywiodło Ci na myśl niemieckie "Prost"(na zdrowie) to prawidłowo, bo są ze sobą związane. 

"PROSIT" jest używane już za archaizm i dlatego tak rzadko możemy je usłyszeć. To nie ma nic wspólnego z uprzejmością/nieuprzejmością Norwegów. 

Ciekawostka:
Chociaż po polsku "na zdrowie" jest używane zarówno jako toast i jako odpowiedź na kichnięcie, w języku norweskim jest (jak już pewnie zdążyłeś drogi czytelniku zauważyć) inaczej. Nie możemy bowiem użyć "prosit" wznosząc toast. W Norwegii używa się "SKÅL"(czyt. SKOL). Słowo to oznacza naczynie wypełnione trunkiem, który należy wypić na czyjąś cześć.

Jak Ci się podoba dzisiejsza ciekawostka?
Pozdrawiam,
Pati

Szwecjoblog - blog o Szwecji

Prawo Jante, Sandemose i Springer

Z klasykami literatury, tytułami kultowymi często jest tak, że to lektury niełatwe. Z jednej strony od razu mogą kojarzyć się z lekturami z czasów nauki w szkole lub na studiach. Mogą próbować narzucić nam, jak powinniśmy je odczytywać i odbierać ("jak zachwyca, kiedy nie zachwyca"). Z drugiej, to często pozycje, które zdążyły zacząć żyć własnym życiem, znalazły swoje miejsce w kulturze, cytaty z nich powtarzane są w oderwaniu od samego dzieła. A taka właśnie jest książka Uciekinier przecina swój ślad (przed tegorocznym wydaniem w Polsce znana z opracowań jako Uciekinier w labiryncie), którą w latach 30. napisał Aksel Sandemose.



To w niej sformułowane zostało tak zwane prawo Jante, jedno z pojęć, które nieustannie przewija się w rozważaniach nad skandynawską mentalnością. I choć powstała ponad osiemdziesiąt lat temu, w polskim tłumaczeniu ukazała się dopiero teraz. Co ciekawe, polskiej premierze Uciekniera... towarzyszy premiera nowej książki Filipa Springera Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz, w której autor opisuje swoją podróż na Północ w poszukiwaniu Jante - literackiego pierwowzoru, ale i tego skandynawskiego ducha, tkwiącego w ludziach na co dzień. Nie wiem, skąd wziął się ten pomysł, czy Springer napisał książkę wiedząc o planach wydania Uciekiniera..., czy wydanie książki duńsko-norweskiego autora miało niejako być odpowiedzią na padający w Dwunastym... zarzut, że mało kto z piszących o Jante tak naprawdę czytał oryginalne dzieło. Tak czy inaczej - pomysł Wydawnictwa Czarnego uważam za niezwykle ciekawy. I dający się podsumować tak, jak zresztą robi to jeden z bohaterów u Springera:
Niezły pomysł, trochę szalony.  [...] Bo kto dziś czyta Sandemosego? 
Dlaczego na Szwecjoblogu piszę o książce duńsko-norweskiego autora, którego akcja rozgrywa się w fikcyjnym duńskim mieście i o książce, która w większości opisuje właśnie Danię? Bo prawo Jante to tak właściwie pojęcie, które można odnieść do Północy w ogóle. Znów zacytuję Springera:
Duńczycy i Norwegowie mają Janteloven.
Szwedzi - Jantelagen.
Farerzy - Jantulógin.
Islandczycy - Jantelögin.
Finowie - Janten laki.
Ale wszyscy doskonale się rozumieją.
Wróćmy jednak do skandynawskiego autora. Aksel Sandemose pisał nowele i powieści po duńsku (np. Fortællinger fra Labrador - Opowiadania z Labradoru, Ungdomssynd - Grzech młodości), opierając się na swoich przeżyciach związanych przede wszystkim z pracą marynarza. Jego pierwszą książką po norwesku była En sjømann går i land (Marynarz schodzi na ląd) z bohaterem marynarzem Espenem Arnakke. Arnakke zabija człowieka, kierowany sprzecznymi uczuciami: podziwem i zazdrością, miłością i nienawiścią. Wierzy też, że do morderstwa w pewnym sensie doprowadziło go dzieciństwo przeżyte w zamknięciu opresyjnych zasad określających miejsce jednostki w niewielkiej społeczności miasta Jante. I to właśnie do tego powraca w Uciekinierze przecinającym swój ślad, noszącym zresztą podtytuł: Opowieść o dzieciństwie mordercy - książce, która przyniosła mu największy rozgłos.

Uciekinier przecina swój ślad to z jednej strony portret Jante jako społeczności, zbiorowości, o prowincjonalnej mentalności, kształtowanej między innymi przez religię i abstynencję, gdzie nie ma miejsca na anonimowość. To także portret pojedynczych postaci, ludzi niewdzięcznych, ciągle obserwujących i oceniających siebie nawzajem. Jak opisuje je główny bohater-narrator:
Jante to miasto dla skromnych, ciężko pracujących ludzi. Jest pięknie położone, chociaż dość nisko, więc jesienią niektóre jego części bywają zalewane. Otoczenie miejscami jest naprawdę bardzo piękne - uśmiechnięty, zmienny krajobraz. [...] Ale dla mnie to najbardziej szare miejsce na świecie. Dla mnie to miasto jest czymś zupełnie innym, a mianowicie moim prywatnym stosunkiem do wielu postaci. Gdybym wychował się w Arendal albo w Jönköping, moje uczucia wobec tych miast byłyby przypuszczalnie takie same.
Uciekiniera... czytało mi się niełatwo. Miesza się tu realizm z majakami, perspektywa dziecka z perspektywą dorosłego. Bez wątpienia jednak najciekawsze było dotarcie do najsłynniejszego, cytowanego po wielokroć "dekalogu" Jante:



Kilkadziesiąt stron później uzupełnione zostaje o jeszcze jedno:
11. Myślisz, że nic o tobie nie wiemy?

A z tego miejsca rusza Filip Springer:


Prawo Jante, zakotwiczenie w skandynawskiej tożsamości, rzeczywiście fascynuje. Wspominałam zresztą o tym w I cóż, że o Szwecji:
Długo byłam przekonana, że obecnie Jantelagen to wyświechtane, puste hasło, że takimi kategoriami się już nie myśli, bo mamy przecież łowców talentów, wyścig szczurów. Miałam wrażenie, że o prawie Jante czyta się dziś tylko w podręcznikach do nauki języka szwedzkiego. Myślałam, że zapytanie Szweda, jak Jantelagen ma się do stereotypowego szwedzkiego umiarkowania i pokory, byłoby jak pytanie Polaków o to, jak postać Pana Twardowskiego ma się do stereotypowej polskiej zaradności i sprytu (do czego ostatnio nawiązują zresztą krótkometrażowe filmy w reżyserii Tomasza Bagińskiego). A tu proszę. Oglądam jeden z pierwszych odcinków nowego sezonu szwedzkiego Idola: prowadzący rozmawia z dwudziestotrzyletnią uczestniczką. Kiedy pada pytanie, dlaczego dziewczyna zgłosiła się do programu i czy sądzi, że może wygrać, zaczyna się krygowanie. Bo w Szwecji mamy przecież Jantelagen i właściwie nie wypada mówić, że wierzy się w swoje szanse na wygraną, ale z drugiej strony chciałaby rzucić zasadom Jante wyzwanie. Kilka dni później wybrałam się na plenerowy koncert w centrum Göteborga. Kiedy przychodzi moment dziękowania publiczności, wykonawców znów krępuje prawo Jante. Niby rozpiera ich duma z tego, co robią, i radość z tłumu zgromadzonych pod sceną słuchaczy. Ale żeby tylko nikt nie zaczął podejrzewać, że jako zespół myślą sobie, że są kimś, że są lepsi od innych, że publiczności na nich zależy!
Później słyszę jeszcze odcinek mojego ulubionego szwedzkiego podcastu Konsten att vara Clary Henry i Gustafa Jernberga poświęcony właśnie radzeniu sobie z Jantelagen: prowadzący przeciwstawiają zasady rodem z Jante odnoszeniu sukcesów, pewności siebie i głoszeniu "niepopularnych opinii", o których ostatnio tak często słyszę u szwedzkich influencerów. O konflikcie między Jante a sławą i sukcesami opowiadał też Alexander Skarsgård goszcząc u Stephena Colberta. 



W tych przykładach przestrzeganie prawa Jante kojarzy mi się z rozwijaniem syndromu oszusta: braku wiary we własne osiągnięcia, uważania ich za dzieło przypadku i lęku przed ujawnieniem niekompetencji. Jednocześnie wydaje mi się to - paradoksalnie - w nieco innym odczytaniu iść w parze z tak bardzo przecież skandynawską wiarą w równe traktowanie i tolerancję.

Czy Aksel Sandemose rzeczywiście wymyślił prawo Jante, czy tylko po prostu opisał panujące w tym czasie wartości, ukształtowane przez purytanizm i ruchy trzeźwościowe? Elisabeth Åsbrink o obecności Jante w Szwecji tak pisze w książce Made in Sweden. 60 słów, które stworzyły naród (Wielka Litera):
Najważniejszą konsekwencją, jaką przyniósł purytanizm, był zakaz wywyższania się. Indywidualizm był w porządku – o ile tylko nie oznaczał zbytniej pewności siebie. Aż do 1934 roku było to szwedzką wartością, która nie doczekała się własnego określenia. Ale kiedy duńsko-norweski pisarz Aksel Sandemose wydał powieść Uciekinier w labiryncie, nagle stało się jasne, jakim pojęciem powinno się opatrzyć zasadę, którą wszyscy znali, stosowali, ale nikt jej nie nazwał: „Nie myśl, że jesteś kimś”. Prawo Jante. Zakaz zbytniej pewności siebie. Tu koło się zamyka. Ruchy społeczne wciąż zostawiają swój ślad. Sandemose zaczerpnął dziesięć przykazań Prawa Jante z duńskiego ruchu trzeźwościowego, w który zaangażowany był jego ojciec. Znalazł je w jego dzienniku, różniły się tylko tym, że każde zdanie kończyło się tymi samymi dwoma słowami: Nie myśl, że jesteś kimś, k i e d y   p i j e s z. 
Prawo Jante ukształtowało w pewnym sensie skandynawską tożsamość dlatego, że można się było w nim odnaleźć, że w istnienie Jante, nie tyle tego geograficznego, ale raczej mentalnego, dało się uwierzyć. Stwierdzić, że społeczność rzeczywiście tak działa i... ma działać. 

Jante dziś to inne Jante niż to sprzed osiemdziesięciu lat. Wyznaczają je nie ruchy religijne i trzeźwościowe, ale ruchy migracyjne (nawiązuje do tego jeden z rozmówców u Springera) i kult jednostki, kult celebrytów podsycany przez media.


PS Dla tych, którzy polubili pisanie Springera o architekturze i publicznej przestrzeni mam dobrą wiadomość. W moim odczuciu Dwunaste... to książka niejako złożona z kilku książek (taką myśl nasuwa zresztą forma przedstawienia spisu treści) - są tu reporterskie rozmowy o Jante, jest tu pogoń za fikcyjnym Olem (połączenie fiction z non-fiction od razu budzi skojarzenia z Sandemosem i Jante - fikcyjnym, choć podobno mającym przełożenie jeden do jednego na mieszkańców Nykøbing Mors), ale są tu też... mosty. Nie bez powodu poświęca się im uwagę w książce o Północy z ucieczką w tytule:
Poza tym, odkąd istnieją mosty łączące wyspę ze stałym lądem, nie ma już sensu uciekać. Mosty niweczą każdą próbę. Sprawiły, że każda ucieczka jest tylko złudzeniem, niczym więcej.
Aksel Sandemose, Uciekinier przecina swój ślad. Opowieść o dzieciństwie mordercy
(En flyktning krysser sitt spor. Fortelling om en morders barndom)
przeł. Iwona Zimnicka
Wydawnictwo Czarne
2019

Filip Springer, Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz
Wydawnictwo Czarne
2019

Trolltunga

Det skal du klare! Czyli jak zmotywować kogoś po norwesku

Ciężko w to uwierzyć, ale to już połowa sierpnia! Dla norweskich uczniów i studentów oznacza to początek roku, dla większości z nas – powrót z urlopu, czasem do nowych, a czasem dobrze znanych obowiązków. Z tej okazji przygotowaliśmy dla Was listę wyrażeń, które pomogą Wam odrobinę się zmotywować albo dodać otuchy innym. W końcu chcieć to móc! :)1) å klare noe/seg2) å takle3) å håndtere4) å greieporadzić sobieKan du klare deg uten internett i tre dager?Å takle forandringer er en egenskap som må

Stacja Islandia

Hildur :: Intuition (recenzja)

Hildur (Hildur Kristín Stefánsdóttir), którą niektórzy mogą kojarzyć jako wokalistkę zespołu Rökkurró, od kilku lat skutecznie rozwija swoją solową karierę. Artystka w 2017 roku debiutowała solowym albumem EP zatytułowany „Heart To Heart” (recenzja TUTAJ). Po drodze otrzymała kilka wyróżnień i nagród muzycznych, m.in. w kategorii Pop Song of the Year (“I’ll Walk With You”) podczas […]

Stacja Islandia

Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak – „Zostanie tylko wiatr. Fiordy zachodniej Islandii”

    „Zostanie tylko wiatr. Fiordy zachodniej Islandii” Autor: Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak Wydawca: Wydawnictwo Czarne Data wydania: 18 wrzesień 2019 Liczba stron: 264           * Opis książki: W 1952 roku ostatni islandzcy osadnicy odpłynęli z Hornstrandir. Ślady ich życia powoli zaczęły znikać, a półwyspem znów zawładnęła natura. Mieszkańcy przeprowadzili się w przyjaźniejsze […]

Kierunek Norwegia

Miasteczka na Lofotach – czerwone domki i góry

Miasteczka na Lofotach są nie do podrobienia. Oprócz gór, lazurowych plaż i suszonego dorsza to właśnie one są wizytówką archipelagu. Drewniane, czerwone, żółte, budowane na wysokich palach tuż nad samą wodą. Dookoła zapach ryb, glonów, a w tle oczywiście góry. Zwiedzanie małych miast i wsi jest dla mnie nie lada atrakcją. Na Lofotach nie musiałam się specjalnie wysilać, bo klimatycznych miejscowości jest tutaj pod dostatkiem. A które wpadły mi najbardziej w oko?     Nusfjord Już po kilku krokach w tej malutkiej rybackiej osadzie, żałowałam, że właśnie tutaj nie zaplanowałam mojego noclegu. Do Nusfjord dotarłam wieczorem, po godzinie 21. Panowała tutaj totalna cisza. O tym, że nie jestem sama, przypominały mi tylko zapachy przygotowywanej kolacji z okolicznych rorbu. Dawna osada rybacka dzisiaj jest miejscem, w którym możemy wynająć naprawdę klimatyczne domki, popływać łódką po okolicy czy powędkować.     Nusfjord to jedna z najstarszych osad rybackich w kraju. Czerwone domki zostały odrestaurowane tworząc klimatyczną, małą wioskę. Widoki w tym miejscu to kwintesencja tego, z czym kojarzą się wielu osobom Lofoty. Świetna baza wypadowa dla chcących pochodzić po okolicznych górach, dobre miejsca na odpoczynek dla spragnionych spokoju i raj dla wielbicieli stylu skandynawskiego. Za wejście do osady należy dokonać opłaty, aczkolwiek wybierając się tam wieczorem za wstęp płacić nie musicie.     Å na Lofotach Å to ostatnia litera norweskiego alfabetu, czytana jak O oraz małe miasteczko będące tym z czym kojarzą się większości miasteczka na Lofotach. To tutaj kończy się malownicza droga nr. 10, znajduje się muzeum suszonego dorsza, rybołówstwa oraz oczywiście klimatyczne, czerwone domki. Jest morze, zapach ryb, mnóstwo mew. Jest falochron, dużo miejsc na spacer. W Å możecie wynająć rybacką chatkę w sąsiedztwie prawdziwych rybaków. Mimo że w większości jest to osada turystyczna, dalej żyje tu sporo osób utrzymujących się z rybołówstwa.     Mnie Å najbardziej kojarzy się z głośnymi mewami czyhającymi na resztki ryb od okolicznych wędkarzy. Chyba jeszcze nigdzie nie słyszałam tych ptaków w tak głośnym wydaniu.     Na końcu drogi znajduje się spory parking, z którego możecie ruszyć w dalszą, już pieszą wędrówkę po krańcach Lofotów.     Reine Reine to kolejna wioska rybacka, zdecydowanie najpopularniejsza na całych Lofotach. Mimo że mieszka tu tylko około 300 osób, codziennie przyjeżdża odwiedzić to miejsce masa turystów z całego świata. To właśnie widoki ze szczytu królującego nad Reine – Reinebringen, reklamują Norwegię na całym świecie m.in. na pocztówkach i broszurach reklamowych.     Tuż obok Reine znajdują się dwie piękne wysepki Sakrisøya oraz Hamnøy. Sakrisøya     Hamnøy     Ballstad W Ballstad nocowałam przez dwie noce. Początkowo to miasteczko niespcejalnie mnie zachwyciło. Jednak po dwóch dniach spędzonych w „Fabryce Ryb” stwierdzam, że to mega klimatyczne miejsce. Jest to port rybacki, w którym po wodzie non stop pływają rybackie kutry, na brzegu wylegują się grube wydry czekające na kolejny obiad prosto z wody, a w każdym zakątku czuć zapach ryb. Przejeżdżając tylko główną drogą, moża stwierdzić ot nic ciekawego, ale zapuszczając się głębiej traficie na takie miejsca:       Ballstad nie jest szczególnie popularne turystycznie miejsce, to miasto ryb i rybaków. Tutaj zobaczycie jak wygląda życie mieszkańców Lofotów oraz praca często zagranicznych pracowników stoczni. Bardzo się cieszę, że zupełnym przypadkiem trafiłam w to na pierwszy rzut oka mało interesujące miejsce.     Kabelvåg Najstarsza wioska rybacka na Lofotach, która słynęła z połowu ryb i eksportu suszonego dorsza już 1000 lat temu. Dawniej największe miasto na archipelagu, a przez pewien czas stolica Lofotów.     Co można zobaczyć w Kabelvåg? Akwarium, Muzeum Lofotów, Galerie Sztuki, Zabytkowy Kościół. Znajdują się tutaj klimatyczne knajpki i miejsca, w których możemy zrobić sobie piknik. Warto wybrać się na spacer po falochronie i z tej perspektywy popatrzeć na to niegdyś centrum Lofotów.     Svolvær Svolvær to stolica Lofotów zamieszkana przez około 5 tys. osób. Jest tutaj dużo sklepów m.in. z odzieżą outdoorową, z łódkami i sprzętami niezbędnymi do sportów wodnych. Można stąd ruszyć na wiele zorganizowanych wycieczek np. w rejs wzdłuż wybrzeża, czy wybrać się po prostu na ryby. Są też restauracje, puby, stoiska z lokalnymi produktami.     W deszczowy dzień można wybrać się do Lofoten Krigsminne Museum, które cieszy się bardzo dobrymi opiniami wśród odwiedzających. Lubiący trekking na pewno ruszą w góry. Jedno z najpopularniejszych miejsc w okolicy to Tjeldbergtind lub wycieczka w okolice Svolværgeita, czyli skały przypominającej kozie rogi. Co odważniejsi wdrapują się na sam szczyt kózki, aby spojrzeć na Svolvær i okolice z góry. Wspinaczka podobno do najłatwiejszych nie należy, ale oczywiście można wybrać się w to miejsce z doświadczonym przewodnikiem jednej z firm oferujących lokalne wycieczki.     W centrum miasta znajduje się port i wiele tradycyjnych domków do wynajęcia. Dobre miejsce na rozpoczęcie podróży po Lofotach.     Inne klimatyczne miasta i miasteczka na Lofotach: 🔺 Henningsvær 🔻 Leknes 🔺 Sørvågen 🔻 Tind (mała perełka przed Å, którą szczególnie polecam) 🔺 Flakstadøya (malownicza wyspeka). Przy zwiedzaniu miast, miasteczek, wsi, ważne jest, aby przede wszystkim te miejsca przejść. Nie jeździjcie od punktu do punktu samochodem. Zostawcie auto na parkingu i pieszo zwiedzajcie te małe, klimatyczne osady. Tylko wtedy jesteście w stanie lepiej poznać dane miejsce, poczuć klimat i zobaczyć dużo ciekawych zakamarków. Zwiedzanie miasta od parkingu do parkingu mija się z celem, a i odbiór takich miasteczek jest wtedy zupełnie inny. Wiem, że gdybym nie przeszła tych wiosek i miast piechotą nie zobaczyłabym najciekawszych i moim zdaniem najpiękniejszych widoków. A miasteczka na Lofotach mają naprawdę dużo do zaoferowania. W drogę! Sylwia. Przegląd najładniejszych plaż na Lofotach >>>  

Artykuł Miasteczka na Lofotach – czerwone domki i góry pochodzi z serwisu Kierunek Norwegia.

Utulę Thule

Islandzkie tropy w Kraju Basków

Tydzień temu pisałam o skomplikowanych relacjach islandzko-baskijskich. Po kilkudniowym objeździe po Kraju Basków mogę podzielić się z Wami znalezionymi przeze mnie tropami islandzkimi. Od razu muszę przyznać, że nie łatwo było znaleźć coś konkretnego. Moje ogólne wrażenie jest takie, że pamięć o przykrych wydarzeniach sprzed 400 lat nie zaowocowała widoczną współpracą między państwami. Baskowie są …

Artykuł Islandzkie tropy w Kraju Basków pochodzi z serwisu .

Stacja Islandia

Biggi Hilmars :: Ephemeral Dream (recenzja)

Biggi Hillmars to islandzki multiinstrumentalista, kompozytor, wokalista i producent, znany również z udziału w takich zespołach jak Ampop czy Blindfold. Wśród solowych wydawnictw Biggiego Hillmarsa znajdują się następujące wydawnictwa: „Cinematic songs”, „All We Can Be”, „ROF” (2014; recenzja TUTAJ), „Dark Horse” (2017; recenzja TUTAJ) oraz „Grenfell Our Home” (2018; recenzja  TUTAJ) 15 lipca 2019 roku […]

Szwecjoblog - blog o Szwecji

Szwedzkie jedzenie - jak je wymówić?

Kto nigdy nie zastanawiał się, jak wymawia się croissant, de volaille, gnocchi, tagliatelle, guacamole czy inne chow mein? Kuchnia szwedzka nie jest tak popularna jak francuska, włoska czy azjatycka, więc okazji do zamawiania szwedzkich dań nie ma na co dzień tak dużo, ale co jeśli wyjedziecie do Szwecji i chcielibyście w restauracji albo kawiarni poprosić o jedzenie i być zrozumiani? Albo jeśli po powrocie z wycieczki chcielibyście opowiedzieć znajomym, co jedliście? Dlatego właśnie pomyślałam, że komuś z Was może przydać się taki wpis. Może nie będę miała tak zabawnych anegdot i ważnych ostrzeżeń jak to, by nazwę makaronu penne wymawiać zaznaczając wyraźnie podwójne N, żeby przypadkiem w knajpie nie poprosić o... penisa. Ze zbyt dokładnym wymawianiem zresztą też nie przesadzajcie, jak bohater tego filmiku:




No dobrze, od czego więc zaczniemy? Oczywiście od szwedzkich klopsików, köttbullar! Historii i popularności mięsnych kulek poświęciłam cały wpis - KLIK! Ale jak się je właściwie wymawia?


A więc niezależnie od tego, czy klopsiki lubicie czy nie, proszę, nie mówcie o nich jako shitbullar😉 Pamiętajcie też, że forma köttbullar to liczba mnoga od słowa en köttbulle. Często słyszałam, że ktoś w Ikei zamówił sobie "köttbullary" - na początku trochę mnie to raziło, ale z drugiej strony przecież zjadamy też krakersy i nuggetsy, z liczbą mnogą angielską i polską jednocześnie. A! I jeszcze jedno! Dżem, jaki dostajecie do klopsów, to nie tyle żurawina (tranbär) tylko borówka brusznica (lingon



Lubicie jedzenie w stylu zero waste, takie trochę dania "na winie", bo trafia do nich, co się nawinie? 😉 Pewnie polubicie potrawę pyttipanna (zapisywaną też jako pytt i panna, co trochę czytelniej może pokazywać znaczenie nazwy, dosłownie: drobne rzeczy na patelni). Do pyttipanny powinny nawinąć się drobno pokrojone ziemniaki, cebula i mięso (na przykład wołowina, wieprzowina albo po prostu kiełbasa czy klopsiki), często to typowe resztki z obiadu. Na talerzu towarzyszy jej zazwyczaj jajko smażone i marynowane buraczki.



Innym znanym klasykiem jest Janssons frestelse, dosłownie: pokusa Janssona, warstwowa zapiekanka z ziemniaków, cebuli i anchois w szwedzkim rozumieniu, czyli konserwy ze szprotek. Wymawia się ją tak:


A jeśli zamiast mięsnych i rybnych przysmaków wolelibyście po prostu wsunąć naleśniki, to poproście o pannkakor 


Pamiętajcie też, że wiele szwedzkich restauracji ma w ofercie dagens rätt/dagens lunch, danie/lunch dnia, nazywane często po prostu dagens. Serwowane jest oczywiście w określonych godzinach dnia (na przykład 11.00-15.00) i skorzystać można z niego w korzystnej cenie, często nawet 90-100 koron. W tę cenę zazwyczaj wliczony jest bar sałatkowy, pieczywo, zimny napój oraz kawa (o sposobach na w miarę tanie podróżowanie po Szwecji pisałam TUTAJ). Dagens wymawia się tak:
/


Naszym obowiązkowym zamówieniem podczas wycieczek po Szwecji jest kanapka z krewetkami, räksmörgås. Oprócz krewetek znajdziecie na niej sałatę, jajka, majonez, często także kawior, a do tego podawana z kawałkiem cytryny. Räksmörgås ma formę otwartej kanapki, przy czym samego pieczywa często nie widać nawet pod "obkładem". Kanapkę czytamy tak:



Jeśli rozmawiamy o szwedzkim jedzeniu, koniecznie trzeba wspomnieć o śledziach! Na przykład popularnych także i u nas klasycznych matiasów, czy właściwie śledziach à la matias, matjessill, w octowej zalewie z przyprawami.
Zbitkę TJ w słowie matjes można wymówić też tak, że przypomina trochę angielskie słowo matches - to wykorzystano w reklamie puszkowanych matiasów Abby:



Warto wspomnieć jeszcze o torcie kanapkowym, smörgåstårta, czyli takiej jakby wielkiej, wielopiętrowej kanapce, najczęściej z pieczywa tostowego, przekładanej rozmaitymi pastami lub serkami do smarowania i dekorowanej na przykład warzywami tak, by wyglądała jak tort - świetnie sprawdza się na przykład jako przekąska na imprezach. Ten nietypowy "tort" po szwedzku wymawiany jest tak:


No dobrze, to teraz pora na słodkości! Pewnie doskonale znacie bułeczki cynamonowe, kanelbullar. Ich nazwa ma w sobie tę samą cząstkę co klopsiki (te dosłownie są mięsnymi bułeczkami właśnie). Teraz już będziecie wiedzieć, że w szwedzkiej kawiarni czy piekarni możecie poprosić o:
(słyszycie tę charakterystyczną melodię w wyrazie? Tak właśnie brzmią szwedzkie złożenia, sammansättningar, pisałam o nich m.in. TUTAJ i TUTAJ)



Lubianą słodkością jest są też marcepanowo-ponczowa roladka punschrulle nazywana też odkurzaczem, dammsugare. Poznacie ją po charakterystycznym kształcie i zielonym kolorze marcepanu, na przykład na zdjęciu niżej z "łupami" z zimowej wycieczki do Sztokholmu. Jak wymówić nazwy takiej roladki? Tak (i to też złożenia):
/




Na zdjęciu widzicie też czekolady kultowej wręcz marki Marabou. Czy wiecie jak się ją czyta? Usłyszycie to na przykład w reklamie czekolady sprzed kilkunastu lat. Hasłem kampanii było: "Ile kostek cię uszczęśliwi" / "Po ilu kostkach się uśmiechniesz" - brzmi znajomo, prawda?



A skoro była już mowa o zielonym marcepanie, to wspomnijmy jeszcze o "torcie księżniczki", prinsesstårta, o którym pisałam na blogu w TYM wpisie. Lubicie? Czy to dla Was za dużo słodyczy? Tak czy inaczej, warto wiedzieć, jak tę słodycz nazywają Szwedzi:



Nie zapomnijcie też o innym ważnym słowie: fika! Poczytajcie o nim TUTAJ, a potem posłuchajcie, jak wymawiają je Szwedzi. I jak można kogoś na fikę zaprosić!






A na koniec: ciekawostka! Jest kilka takich produktów spożywczych, które Szwedzi nie wiedzą, jak wymówić! 😉 No dobrze, nie tyle nie wiedzą, co nie są zgodni, jak je wymówić, to znaczy nie ma jednego standardu wymowy, a akceptowanych jest kilka wariantów. Dotyczy to takich słówek jak:

kex
/


Całe zamieszanie bierze się tu stąd, że według zasad szwedzkiej wymowy K, po którym następuje samogłoska E, powinno się czytać jak "Ś". Tylko że słowo kex w języku szwedzkim to zapożyczenie: pochodzi od angielskiego cakes  czytanego przecież przez K (a pamiętacie, że wspominałam już o tym, jak można się obchodzić z obcą końcówką liczby mnogiej? Kex doświadczył tego samego co nasze czipsy!). O tym "konflikcie" między 'keksem' i 'sieksem' śpiewają Go Royal w piosence Swedish Fika, która jakiś czas temu stała się internetowym wiralnym sukcesem:



kaviar
/
Słyszycie pewnie, że to, którą sylabę zaakcentujemy, wpływa na długość i brzmienie samogłoski A. W reklamie popularnej pasty rybno-kawiorowej Kalles Kaviar nazwa produkty czytana jest jednak przez "A" (w reklamie pada komunikat: "Ważna wiadomość od Kalles Kaviar: bawienie się jedzeniem jest zupełnie okej")




lakrits
/


Z lukrecją jest ten sam problem, co z kawiorem! I nie mam tu na myśli wstrzelenie się w czyjś gust i upodobania kulinarne, ale kwestie akcentu i długości samogłoski w wyrazie. 

PS Wymowa, którą prezentuję Wam we wpisie, pochodzi ze strony Forvo. 
O Forvie napisałam już kiedyś osobny wpis, jeśli uczycie się języków, nie tylko szwedzkiego, albo w Waszej pracy zdarza się Wam zmierzyć na przykład z obcymi nazwiskami, ta strona bardzo może się Wam przydać, poczytajcie: KLIK!

Stacja Islandia

Lilja Sigurdardóttir :: „Klatka”

    Autor: Lilja Sigurdardóttir Tytuł polski: „Klatka” Tytuł oryginału: „Búrið” Tłumaczenie: Jacek Godek Data wydania w Polsce: 14 sierpień 2019 Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece Cykl: Reykjavik Noir (tom 3) Liczba stron: 312       * Opis książki: Mistrzowskie, wybuchowe zakończenie islandzkiej trylogii Reykjavik Noir. W klatce nawet największy wróg może zostać sprzymierzeńcem. Po wyjściu […]

Kierunek Norwegia

Turkusowe jezioro Lovatnet i lodowiec Kjenndalsbreen

Widząc jezioro Lovatnet od razu zdejmuję nogę z gazu. Jadę powoli, nie tylko ze względu na wąską drogę, ale zdecydowanie bardziej ma na to wpływ sielska okolica. Gdybym miała opisać to jezioro i to, co wokół niego jednym słowem, byłoby to właśnie określenie „cisza”.  Turkusowa woda, wysokie trawy, mało ludzi, dookoła góry i cisza i spokój. A na końcu drogi kolejna niespodzianka, czyli lodowiec Kjenndalsbreen. Te piękne okolice niestety noszą również piętno wielkiej tragedii, której ślady możemy oglądać do tej pory.     Lovatnet Jezioro Lovatnet nie jest duże, zajmuje powierzchnię około 10 km² i leży w Sogn og Fjordane, tuż obok małej miejscowości Loen. W najgłębszym miejscu jezioro ma 138 metrów głębokości. Co wyróżnia akurat to jezioro na tle kilku tysięcy innych norweskich jeziorek? Jest to niesamowicie zielony kolor wody, olbrzymie skały dookoła i cisza w okolicy.     Wokół jeziora prowadzi wąska, jednokierunkowa droga, a poruszanie ułatwiają zatoczki umożliwiające mijanie się aut. Jedźcie do samego końca trasy, im dalej, tym piękniejsze widoki. Po drodze mijacie prywatne domy, starą osadę z tradycyjnym drewnianymi domami oraz miejsca, w których można przenocować.     Oprócz sielskich widoków na pewno Waszą uwagę zwrócą liczne tabliczki ostrzegawcze „Uwaga spadające kamienie”. Trasa momentami znajduje się tuż pod pionowymi skałami. A te okolice naznaczone są tragedią związaną z kamiennymi lawinami. Ostrożność wskazana.     Lodowiec Kjenndalsbreen Po pewnym czasie dojedziecie do prywatnej, płatnej drogi. Trzeba tutaj dokonać opłaty 40 nok, pieniądze oraz wypełniony druczek papieru wrzucić do skrzynki. Pamiętajcie o długopisie, będzie potrzebne do wypisania dokumentu. Jadąc do samego końca drogi traficie na spory parking w dolinie Lodalen. Stąd już tylko krótki spacer przez las (10 minut) i możecie obejrzeć lodowiec Kjenndalsbreen z daleka. A raczej to, co po lodowcu zostało. To kolejne miejsce, które uświadamia jak bardzo zmienia się klimat. Kjenndalsbreen przed laty:     Kjenndalsbreen obecnie:     Dalsza droga jest ogólnie zakazana ze względu na spadające kamienie. Oczywiście spora część osób udaje, że znaków ostrzegawczych nie widzi. Polecam zachować zdrowy rozsądek, bo w tych okolicach o świeże kawałki odpadających skał nie trudno. Zwłaszcza pod topniejącym lodowcem.     W drodze powrotnej polecam zajechać do małej kawiarni Kjenndalsstova (otwarta od maja do września), wypić tutaj kawę i zjeść gofra. Na zewnątrz znajduje się malutki pomost, a patrząc na wodę z bliska nie możemy wyjść z zachwytu nad jej kolorem. Po prostu przepięknie zielona, aż trochę nierealna.     Miejsce wielkiej tragedii Nad Loen miały miejsce dwa duże osuwiska gór. Pierwsze 15 stycznia 1905 roku. Część góry o powierzchni 50 000 m³, czyli około 870 000 ton głazów i kamieni zeszło z góry Ramnefjellet (1493 m.) prosto do Lovatnet.  Wywołało to falę tsunami wysoką na około 40 metrów. Jeden ze statków turystycznych „Lodalen” został przeniesiony przez wodę aż 350 metrów w głąb lądu. Do dzisiaj możemy zobaczyć wrak tego statku.   źródło: Av Sundgot – Eget verk, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=80324736   Dwie miejscowości – Nesdal oraz Bødal zostały zmiecione z powierzchni ziemii. Mieszkało tam 61 osób, z czego tylko 9 przeżyło straszliwą katastrofę. Ciał większości nie odnaleziono, prawdopodnie spoczywają na dnie jeziora Lovatnet. Zginęło również mnóstwo zwierząt.     Mimo wielkiej tragedii, która spotkała te okolice odbudowano gospodarstwa i starano się żyć dalej. Na pamiątkę tragicznych wydarzeń postawiono pomnik w miejscowości Nessoden. Niestety nie była to ostatnia katastrofa w tym miejscu. Po 31 latach nadeszła kolejna tragedia. 13 września 1936 roku, świtem, o godzinie 5 rano miało miejsce kolejne osuwisko. Tym razem z Ramnefjellet oderwała część góry o powierzchni około miliona m³. Wywołało to jeszcze większą i jeszcze bardziej niszczycielską falę tsunami o wysokości 70 m. Fala zniszczyła wszystko, co napotkała na swojej drodze. Tym razem zginęło około 74 osób, a kolejne 41  nigdy nieodnalezionych spoczęło w jeziorze.     Lodalsulykkene Obie te katastrofy noszą nazwę Lodalsulykkene. Po wydarzeniach z 1936 roku w tych okolicach nie zamieszkał już nikt. Okolica nazywana się przeklętą, a cisza i nietypowa atmosfera tych tragicznych okolic wyczuwana jest cały czas.     Objeżdżając dookoła jezioro Lovatnet, traficie na tablice informacyjne oraz miejsce pamięci tych, którzy w tym miejscu zginęli. Jest tam m.in. tablica z imionami i nazwiskami wszystkich 135 ofiar osuwisk. Możecie zejść również w dół i zobaczyć pozostałości po tsunami, czyli m.in. wrak statku. Ku pamięci ofiar postawiono również wielki krzyż, który przypomina o katastrofie odwiedzającym to miejsce.     Jedną z osób, która przeżyła te tragiczne wydarzenia był Anders Bødal. W chwili katastrofy miał tylko 12 lat. Porwała go fala tsunami, ale jakimś cudem znalazł grunt pod nogami i udało mu się pobiec wysoko w góry. W wyniku katastrofy stracił 14 bliskich mu osób, po tragicznych wydarzeniach zamieszkał w Voss u swojej starszej siostry. Przez wiele lat był dyrektorem szkoły w Kaupanger. Przez lata udzielił wielu wywiadów oraz wykładów, podczas których opowiadał o tragicznych losach, które wstrząsnęły jeziorem Lovatnet.  Anders zmarł w wieku 87 lat w 2012 roku. Obecnie Aktualnie najwięcej osób przybywających w te okolice wybiera się głównie, aby popodziwiać piękne jezioro, dziką naturę i góry. Nie ma się co oszukiwać, jest tutaj pięknie. Zachęca dolina Lodalen, lodowiec i pobliska miejscowość Loen. W lecie w zimnym jeziorze kąpią się okoliczni mieszkańcy, a góry można oglądać również z perspektywy statku biorąc udział w jednym z rejsów turystycznych. Jezioro Lovatnet budzi mieszane uczucia. Z jednej strony zachwyca, z drugiej olbrzymia tragedia sprzed lat wprawia w zadumę. Zwłaszcza że miejsc, w których powtórnie do takiej tragedii może dojść, jest sporo. Najpopularniejsze z nich to chociażby Geiranger…  

Artykuł Turkusowe jezioro Lovatnet i lodowiec Kjenndalsbreen pochodzi z serwisu Kierunek Norwegia.

Szwecjoblog - blog o Szwecji

Szwecja, Szwajcaria, Swederland?

Dokąd wybralibyście się chętnie na wakacje? Może do kraju, którego nazwa zaczyna się na SZ i kończy na JA? Uważajcie, żeby się nie pomylić. Do takiej pomyłki doszło zeszłym roku, kiedy szwedzki serwis Spotify debiutował na nowojorskiej giełdzie papierów wartościowych - na budynku giełdy obok wielkiego baneru z logo Spotifya zawisły flagi: amerykańskie i... szwajcarska.

Mylenie ze sobą Szwecji i Szwajcarii, szczególnie w kontekście anglojęzycznym (Sweden / Switzerland, Swedish / Swiss) jest w zasadzie dość częste. To trochę jak z myleniem przymiotników Dutsch i Danish (holenderski i duński), nazw państw Poland i Holland (tak, doświadczyłam tego na własnej skórze), ale także Słowacji i Słowenii albo Iraku i Iranu jak w znanym dowcipie o blondynce.

Na nowojorskiej giełdzie pomyłkę z flagami oczywiście poprawiono po kilkunastu minutach. Ale wiecie, jak to jest w internecie: tu nic nie zginie, co więcej - historia wpadki zaczęła żyć własnym życiem. Wystarczy tylko zobaczyć, jak potoczyła się dyskusja prowadzona przez profile konsulatów Szwajcarii i Szwecji w Nowym Jorku pod cytowanym wyżej tweetem. 

Udostępniano serie grafik, ilustrujących różnice między tymi dwoma krajami: od flagi, przez marki zegarków, czekolady po dumę z noży: w Szwecji - do sera, osthyvel, w Szwacjarii - niezawodnych scyzoryków.




The Local przygotował swoje zestawienie 12 faktów (UWAGA: z przymrużeniem oka!), których zapamiętanie może pomóc w odróżnieniu od siebie Szwecji i Szwajcarii. Między innymi:

król: Karol XVI Gustaw vs Roger Federer
plaże: 3218 km linii brzegowej vs brak dostępu do morza
czterotysięczniki: brak (Kebnekaise ma 2097 m n.p.m) vs kilkadziesiąt szczytów
wkład w świat alkoholu: brännvin vs absynt
zderzacze hadronów: brak vs jeden

Jeśli myślicie, że dobrze idzie Wam odróżnianie tych państw, możecie spróbować rozwiązać quiz, także przygotowany przez portal The Local: KLIK.

Żeby było zabawniej, śmieszkowanie z mieszania Szwecji i Szwajcarii trwało dłużej. Linie lotnicze SWISS już wcześniej podchwyciły temat w swoich działaniach marketingowych, organizując konkurs, w którym do wygrania były bilety lotnicze do nieistniejącego kraju: Swederland (Szwecjaria? 😉). Tak naprawdę były to wycieczki do Szwajcarii... ze szwedzkim przewodnikiem. 




+ filmik kampanii na Facebooku: KLIK!


Dlaczego Wam o tym wszystkim piszę? Bo tak się składa, że w tym roku ukazały się przewodniki moich dwóch koleżanek po piórze (po klawiaturze?) - właśnie po Szwecji i Szwajcarii. A że z dziewczyn jestem dumna, chciałabym Wam te książki gorąco polecić. Za "Praktyczny przewodnik" po Szwecji odpowiada Aldona Hartwińska z bloga Pofikasz? o Szwecji po polsku, a za "Inspirator podróżniczy" po Szwajcarii i Liechtensteinie odpowiedzialna jest Joanna Lampka, autorka bloga Szwajcarskie BlaBliBlu. Te dwie serie przewodników wydawnictwa Pascal trochę się od siebie różnią, ale w obu znajdziecie kompendium informacji na temat krajów, moc ciekawostek, interesujące, często nieszablonowe pomysły na zwiedzanie czy rekomendacje od autorek, gdzie i co warto zjeść. Obie książki na pewno zachęcą Was do wakacyjnych (i nie tylko) wyjazdów. A znajomym, szczególnie tym anglojęzycznym, może będzie warto je podsunąć, żeby raz a dobrze uporządkować, jak to ze SZ...JĄ jest 😉



Pozostałe źródła:
https://www.rp.pl/Gielda/180409808-Wpadka-podczas-debiutu-Spotify-na-gieldzie-w-Nowym-Jorku-Pomylili-flagi.html
https://twitter.com/hashtag/swedenland
https://swederland.com/

Trolltunga

Utarte wyrażenia z czasownikiem „sitte”

Czy też po całym tygodniu pracy macie czasem ochotę usiąść i po prostu siedzieć? Siedzenie generalnie jest fajne – chyba że akurat siedzi się... z brodą w skrzynce pocztowej? Jeśli ciekawi Was, co oznacza to norweskie wyrażenie, zapraszamy do lektury, niezbyt męczącej, bo z siedzeniem właśnie w roli głównej. Uwaga tylko, by w weekend nie zasiedzieć się z nauką do późna!å sitte bak rattetsiedzieć za kierownicąSitter du bak rattet hele veien?å sitte fint i det«siedzieć w czymś na dobre»być w

Kierunek Norwegia

Plaże na Lofotach – biały piasek i błękitna woda

Biały piasek, jasnobłękitna, czysta woda, dookoła cisza, którą burzą tylko co jakiś czas głośne mewy. Takie rajskie plaże w Norwegii? Niemożliwe! A jednak możliwe! I jest ich całkiem sporo. Tym razem opowiem Wam o tych na północy, ale takich lazurowych plaż w Norwegii jest więcej. Zacznijmy jednak od tego, jakie są plaże na Lofotach, czyli ranking rajskich plaż, na których tylko temperatura wody przypomina nam, że to jednak nie są gorące plaże na Seszelach… Moja subiektywna lista  plaż na Lofotach. Eggum   To zdecydowanie mój faworyt. Na pewno wpływ na wybór miał moment, w jakim tam trafiłam. Plażę dzieliłam tylko z 5 innymi osobami, niebo było lekko zachmurzone, a dookoła totalna cisza. Naprawdę poczułam się jak w raju. Ten spokój, przezroczysta woda i śnieżnobiały piasek zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Mogłabym tam spędzić cały dzień, po prostu patrząc przed siebie.     Zanim ruszyłam na plażę, udałam się zobaczyć stację radiową z czasów II Wojny Światowej – Borga. Stację zbudowali Niemcy i była ona dla nich punktem strategicznym wykorzystywanym do obserwacji Rosjan. Dzisiaj na stację może wejść każdy, prowadzi do niej polna, prywatna droga, a przed wjazdem znajduje się skrzyneczka, do której należy wrzucić 30 nok. Tuż pod stacją znajduje się kawiarnia. Widoki bajka – góry, morze, góry, sporo zieleni.     Idąc kawałek dalej dojdziemy do rzeźby Markusa Raetz, przedstawiającej głowę człowieka. Ideą jest m.in. to, aby człowiek zwrócił uwagę na to, co znajduje się dookoła niego, otworzył oczy na to, co go otacza. A tutaj szczególnie warto mieć oczy dookoła głowy. W okolicach Borga można rozstawiać namiot oraz nocować w camperze, ale jest to dodatkowo płatne.     Wracając z tego miejsca skręciłam w boczną uliczkę, chwilę przed głównym skrętem na plażę Eggum. Tutaj znajduje się jej mniejsza odnoga. Z jednej strony falochron, z drugiej latarenka z czerwonym daszkiem, a pomiędzy błękitne morze. Polecam spacer całą długością plaży i koniecznie rzucenie na nią okiem z perspektywy falochronu. Jaki tu spokój…   A takie widoki miałam w drodze powrotnej:     2. Plaża w miejscowości Gimsøy     Jadąc drogą numer 862, tuż obok skrzyżowanie z drogą 861 znajduje się mała perełka. Plaża jest wąska, okolica bardzo spokojna, a ruch samochodowy w tych okolicach znikomy.     To kolejne miejsce, dla lubujących się w ciszy i sielskich krajobrazach. Kawałek dalej znajduje się kolejna plaża obok campingu, ale tutaj jest zdecydowanie mniej ludzi i można poczuć się jak na Końcu Świata.     Mimo że była to sobota, szczyt sezonu to na plaży byłam zupełnie sama, a na chwilę odwiedzili mnie tylko ludzie z pobliskiej szkółki jazdy konno.     3. Haukland     Mimo sporej popularności to miejsce ma tak dużo uroku, że nie sposób go nie polubić. Na dłuższą chwilę zatrzymałam się na pierwszej części plaży, tutaj jest zdecydowanie mniej osób, a kolor wody przyprawia o zawrót głowy. Dużym błędem byłoby ominięcie tego miejsca. Dookoła góry wyłaniające się prosto z morza i ponownie dużo zieleni.     Miałam okazję doświadczyć tu niemal czterech pór roku. Rano przywitała mnie mroczna mgła i lekki deszcz, potem silny wiatr, a gdy schodziłam ze szczytu Mannen, na plaży było prawdziwe lato. I znowu tylko temperatura wody przypominała mi, że jednak jestem na Północy.     W okolicach znajdują się dwa fajne szczyty – wcześniej wspomniany Mannen, Veggen oraz plaża Uttakleiv.     4. Kvalvika Kvalivka to jedna z najpopularniejszych plaż na Lofotach. Do tej plaży trzeba kawałek się przejść (do samej Kvalviki około 40 minut), a mimo że wybierałam się wieczorem i tak towarzyszyło mi sporo osób na szlaku. Po dojściu na miejsce przestaję się dziwić. Kvalvika ma swój niepowtarzalny urok. A tuż obok Kvalviki znajduje się jej mniej popularna siostra Vestervika, która  świeci pustkami.     Więcej o tym szlaku oraz pobliskim super pięknym szczycie Ryten już wkrótce na blogu.   5. Ramberg     Plaża Ramberg jest dostępna praktycznie dla każdego. Parkujemy samochód, kilka kroków i już jesteśmy na sporej plaży. Tutaj znowu piękny kolor piasku i morza. Mimo że była to już któraś z kolei plaża, na którą trafiłam, dalej byłam zachwycona. Za plecami dość wysokie góry, w morzu kąpało się sporo niebojących się niskiej temperatury dzieci, a w różnych kontach tej sporej plaży odpoczywali zadowoleni ludzie. Sielanka, sielanka.     Plaża Ramberg trafiła tutaj za sprawą zachodu słońca. Była to tak piękna dla mnie chwila, że nawet nie wyciągnęłam aparatu. Po prostu magia uwierzcie mi na słowo lub wybierzcie się tam i zobaczcie na własne oczy.     Plaże na Lofotach znajdują się praktycznie w każdym zakątku archipelagu. Jadąc samochoden zarówno po głównej drodze, jak i skręcając na mniej uczęszczane trasy, miniecie ich naprawdę mnóstwo. Każda ma swój klimat, a łączy je błękitna woda i jasny piasek. Warto odwiedzić choć jedną plażę z samego rana (duże prawdopodobieństwo klimatycznej mgły), ale też wpaść na bajeczny zachód słońca na jednej z „lofotowych” plaż. Inne plaże na Lofotach: 🔸 położone w okolicach Kvalviki-  Yttersand (dojazd samochodem) oraz malutką Stokkvika 🔹 klimatyczną plażę Horseid 🔸 uważana przez wielu za kolejną z najpiękniejszych plaż, czyli Bunes (również bardzo polecam) 🔹 położoną prawie na samym końcu archipelagu Refsvika, na której czekają na Was m.in. malowidła sprzed 3-4 tys. lat 🔸 „sąsiadkę” plaży Ramberg, szczególnie ulubioną przez surferów Skagsanden (dojazd samochodem) 🔹 kolejną mekkę surferów i miejsce spotkań lokalnych mieszkańców, czyli plażę Unstad (dojazd samochodem)     Założę się, że każdy ma inne ulubione plaże na Lofotach. Wybrałam akurat te, bo na każdej z nich spotkało mnie coś bardzo fajnego i z każdej z tych plaż mam piękne wspomnienia. Zachód słońca, gęsta mgła, przejażdżka koni jak w romantycznych filmach lub cudowna cisza zmącona jedynie szumem fal. Wiem, brzmi patetycznie, ale to dzięki tym ciepłym momentom te miejsca trafiły do moich ulubionych. A jakie są Twoje ulubione plaże na Lofotach? Sylwia. Dla tych, którzy od plaż zdecydowanie wolą zdobywanie szczytów, polecam Reinerbringen >>>  

Artykuł Plaże na Lofotach – biały piasek i błękitna woda pochodzi z serwisu Kierunek Norwegia.

Norwegolożka

Dlaczego tak tu pusto?

Co się będzie działo na blogu w najbliższych miesiącach?

Szwecjoblog - blog o Szwecji

Sztokholm: jedzenie i picie jako przeżycie

Pytania o rekomendacje, jakie atrakcje turystyczne i jakie lokale gastronomiczne warto odwiedzić w Sztokholmie, pojawiają się bardzo często na Facebooku i Instagramie. A gdyby tak połączyć je w jedno? Jakie lokale gastronomiczne w szwedzkiej stolicy mogą stanowić atrakcję turystyczną samą w sobie?

Czy restauracje kawiarnie i bary w ogóle można traktować jako atrakcje turystyczne? Oczywiście! W internecie pełno jest na przykład zestawień w stylu "5 najdziwniejszych restauracji na świecie", które prezentują lokale znajdujące się pod wodą czy na platformach zawieszonych w powietrzu na dźwigu. Są restauracje stylizowane na więzienie albo szpital. Atrakcją dla turystów są też lokale, które zagrały w filmach czy serialach albo pojawiają się na kartach książek (przypominam Wam na przykład o Fridolfs konditori w Ystad, gdzie Kurt Wallander przychodził na bułeczki cynamonowe lub kanapki i popijał je kawą lub mlekiem, a gdzie turyści najczęściej wybierają dzisiaj ciastko Wallandera,  Wallanderbakelse). Są miejsca słynne z tego, że serwują wyjątkowe rzeczy (na przykład w Göteborgu: ogromne bułeczki cynamonowe, Hagabullar, w Café Husaren).

Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o dwóch takich miejscach w Sztokholmie, gdzie jedzenie i picie staje się właśnie takim przeżyciem!

Najpierw coś dla głodnych - restauracja Aifur. Jeśli wałęsacie się po Gamla Stan, na pewno rzucił się Wam w oczy nietypowy szyld z nazwą lokalu zapisaną runami (adres: Västerlånggatan 68b)


Doskonale zapowiada to, co znajduje się w środku. Wśród lokali z kuchnią włoską, tajską, indyjską czy japońską, Aifur jest perełką, bo to restauracja... wikińska.

Klimat czuć tu od początku. Wejdziecie do ciemnego wnętrza, gdzie od razu usłyszycie dźwięki ludowej muzyki (wieczorami granej na żywo na tradycyjnych instrumentach), a przywita Was herold, który jak tylko pozna Wasze imiona, zadmie w róg i przedstawi Was biesiadującym gościom. Zapomnijcie o kameralnych stolikach dla dwojga. Kolacja w tym miejscu przywodzi na myśl dawne uczty, siedzi się tu na przykrytych skórami ławach przy długich drewnianych stołach. Z początku zupełnie zbiło mnie to z tropu, ale szybko okazało się, że współbiesiadnicy już wcześniej zdążyli wczuć się w klimat lokalu i bardzo szybko nas w niego wciągnęli. Pracująca tu załoga od razu skojarzy się Wam z bohaterami serialu Wikingowie: długowłosi wytatuowani mężczyźni i kobiety o misternie zaplecionych fryzurach, wszyscy w lnianej odzieży. I wszyscy skorzy do zagadywania i żartów.

Jedzenie to nie tyle potrawy z epoki wikińskiej, ale mocno nią inspirowane: ryby i mięsiwa (m.in. dziczyzna i jagnięcina), przyprawy, które wikingowie z odległych krain przywozili na Północ. Napitki warte polecenia to przede wszystkim ogromna różnorodność miodów pitnych. Z menu możecie zapoznać się na stronie, poczytacie tam też ciekawostki dotyczące pochodzenia nazw poszczególnych pozycji w karcie. Jedzenie było naprawdę smaczne, ale lokal chyba jednak słynie bardziej z klimatu niż kuchni.

 I uważajcie! Widelcom brakuje zębów, a kieliszkom nóżek 😉




Wybierając się na wikiński obiad lub kolację, warto zarezerwować sobie miejsce  (szczególnie jeśli wybieracie się większą drużyną) - bardzo prosto można to zrobić przez stronę internetową lokalu. Można oczywiście wejść "z marszu", ale w godzinach gastronomicznego szczytu może to się wiązać z koniecznością czekania w kolejce.

A teraz coś dla spragnionych! Pewnie słyszeliście już o pierwszym na świecie lodowym hotelu - to ICEHOTEL w Jukkasjärvi w północnej Szwecji (ręka do góry, kto z tego pokolenia, że pamięta, że w lodowej kaplicy hotelu wziął ślub - jeden ze swoich ślubów - Michał Wiśniewski w reality show o własnym życiu). Mało kto wie, że w Sztokholmie znajduje się pierwszy na świecie permanentny lodowy bar - ICEBAR. Znajdziecie go w samym centrum, w budynku Hotel C Stockholm, (adres: Vasaplan 4).


Jego wnętrze stworzone jest z lodu z lapońskiej rzeki Torne i tworzą je rzeźbiarze odpowiedzialni za ICEHOTEL właśnie. Co roku w kwietniu motyw przewodni lodowych rzeźb (a także menu na barze) się zmienia. Obecnie jest to "Ziemia obiecana" (The Promised Land) i nawiązuje do fali migracji Szwedów do Stanów Zjednoczonych w XIX wieku. W zeszłym roku trafiłam na motyw wikingów - był wykuty w lodzie tron Odyna z krukami, wilk Fenrir, lodowe łodzie wikingów i dużo, dużo run!



W barze panuje temperatura -5°C (to może być idealne miejsce na ochłodzenie się w ciepłe, słoneczne dni - na przykład w lato, najpiękniejszy dzień w roku  😉 - a po więcej żartów m.in. ze szwedzkiej pogody zapraszam TUTAJ). Przed wejściem do baru wypożycza się specjalną pelerynę - żeby ochronić ciało przez zimnem lodu, a lód przed ciepłem od ciała. No i rękawiczki - z lodu są jest nie tylko wnętrze baru, ale też kieliszki, z których popija się drinki. Zdecydowana większość - jak można się spodziewać - na bazie szwedzkiej wódki Absolut (o miasteczku Åhus, "źródle Absolutu", pisałam TU), są też napoje bezalkoholowe i bar mogą odwiedzać też niepełnoletni.


Także tutaj warto zarezerwować sobie wcześniej wejście - tym razem nie tylko po to, żeby zagwarantować sobie miejsce, ale też żeby oszczędzić: opłata za wejście z rezerwacji jest niższa. I pamiętajcie, że kolejna kolejka nalana do tego samego, nieroztopnionego kieliszka 😉 także kosztuje mniej niż zamawianie drinka w nowym lodowym naczyniu. Informacje o aktualnych cenach znajdziecie na stronie ICEBARU.

Uprzedzając pytania: gdzie jeszcze w Sztokholmie można warto zjeść, niekoniecznie robiąc z tego jednak przygodę - polecam jeszcze dwa miejsca.

Przede wszystkim Hermans: Give Peas a Chance (adres: Fjällgatan 23B, Södermalm, niedaleko Fotografiska). Świetna restauracja z kuchnią roślinną, gdzie w tygodniu w porze lunchowej załapiecie się na bufet all you can eat w przyzwoitej cenie 140 SEK. Dania są rewelacyjnie pyszne i bardzo różnorodne, jestem pewna, że zasmakują nawet tym, którzy nie jedzą wege na co dzień. Do tego w lokalu panuje przyjemna, przyjazna atmosfera (jakby wpadało się na obiad do starych znajomych), a z restauracji jest świetny widok, m.in. na Gröna Lund.



Jeśli będąc w Szwecji zapragniecie klopsików, zajrzyjcie do Meatballs for the People (adres: Nytorgsgatan 30 w dzielnicy Södermalm), do lokalu specjalizującego się w mięsnych kuleczkach. Ja podczas ostatniego pobytu nie zdążyłam tam dotrzeć, ale poleciłam to miejsce przyjaciółce, która wybrała się na wycieczkę do Sztokholmu - pochwaliła! Oprócz klasycznych, wieprzowo-wołowych klopsików, które pewnie znacie np. z restauracji IKEA, możecie tam spróbować klopsików z łosia czy dzika lub w wersji wegetariańskiej.



Smacznego i na zdrowie! 😊

Kierunek Norwegia

Reinebringen – schody do nieba

Na Reinebringen wchodziłam ostatniego dnia mojego pobytu na Lofotach. I była to dobra decyzja! Reinebringen okazało się wisienką na torcie całego wyjazdu, pięknym podsumowaniem i widokiem, który zostanie w mojej głowie na długo. To miejsce po prostu trzeba odwiedzić, tym bardziej że jest ono aktualnie dostępne prawie dla każdego.     Reinebringen Szczyt i widoki z Reinebringen wielu kojarzy z norweskich pocztówek i innych spotów reklamowych. Po przejściu szlaku i spojrzeniu na to, co czekało mnie na samej górze, przestałam się temu dziwić. Te widoki aż proszą się o masę zdjęć i pokazanie ich jak największej ilości ludzi. Tu jest po prostu pięknie! Reinebringen mierzy 448 m n.p.m., ale spoglądając na szczyt z dołu można odnieść wrażenie, że jest dużo wyższy.  Do niedawna, a dokładnie do czerwca 2019 roku szlak był wymagający. Był stromy, po deszczu było bardzo ślisko i wypadki zdarzały się dość często. W czerwcu 2019 otwarto szlak ponownie i jest on teraz dostępny prawie dla każdego. Niemal pod sam szczyt wiodą teraz kamienne schody ułożone przez Szerpów z Nepalu. Budowę nowego szlaku rozpoczęto już w 2016 roku i trwała z przerwami 3 lata. Trasa to obecnie 1560 schodków, a koszt całego przedsięwzięcia to około 7 milionów nok (około 3 mln zł). Do całkowitego zakończenia prac brakuje około 50 schodków, ale na razie zbierane są na to fundusze.     Schodami do nieba Dojazd do tego miejsca jest bardzo łatwy. Parkujemy na jednym z parkingów przy drodze nr 10 w okolicach miejscowości Reine. Jadąc od strony Å pierwszy parking znajduje się przed tunelem Ramsvikstunnelen (to miejsce jest oficjalnie zamknięte, w planach jest budowa nowego parkingu, ale dalej można zobaczyć tam sporo zaparkowanych aut) lub chwilę za tunelem tuż obok skrętu na Reine. Z obu parkingów do miejsca docelowego prowadzą krótkie ścieżki, wydeptane przez wiele osób, na pewno zobaczycie je bez problemu.     Dalej pod górę idziemy już schodkami.     Trasa jest łatwa, męczy na pewno osoby, które nie mają dobrej kondycji, ale po drodze mijałam osoby w naprawdę różnym wieku, które dawały radę. Powoli, krok po kroku i dacie radę. Już po wejściu na grzbiet zobaczycie przepiękne widoki. A im dalej, tym piękniej. Do przejścia na sam szczyt zostało tylko kilka metrów.     Dla tych widoków warto byłoby pokonać nawet dwa razy tyle schodków. Lofoty stoją przed Wami otworem, dosłownie!     Zejście jest dużo łatwiejsze i przyjemniejsze. Max godzina i jesteście już na dole.     Informacje praktyczne 🔸 Ten szlak jest aktualnie bardzo popularny. Jeżeli chcecie zminimalizować ryzyko tłumów na szczycie i braku miejsc parkingowych, ruszajcie wcześnie rano lub wieczorem. Ciepłe promienie zachodzącego słońca dodają Reinebringen jeszcze więcej uroku. 🔹 Weźcie ze sobą zapas wody. 🔸 Mimo że wejście jest po schodach dobre buty i inne ubrania na różną pogodę są koniecznością. Końcówka szlaku jest stroma, a u góry często wieje mocny wiatr. 🔹 Popularne jest spanie pod namiotem w okolicach szczytu, ale nie jest to szczególnie bezpieczne. Jeżeli nie spaliście w podobnych miejscach wcześniej  to nie polecam.   Na Reinebringen warto zarezerwować sobie około 3 godzin, aby nacieszyć się widokami i nie lecieć zbyt szybko. Ci, którzy czytają bloga już wiedzą, że jestem przeciwniczką jak najszybszego zdobywania kolejnych szczytów. Góry to nie tylko ich najwyższe punkty, a po drodze często zdarzają się widoki jeszcze lepsze niż na szczycie. Powoli, we własnym tempie, byle do przodu!   Szukasz pięknych miejsc nieco bliżej południa? Sprawdź Preikestolen! >>>   Sylwia.    

Artykuł Reinebringen – schody do nieba pochodzi z serwisu Kierunek Norwegia.

Utulę Thule

Co ma Bask do Islandczyka?

Jestem właśnie na wakacjach w Kraju Basków. Pojechałam tam szukać… tropów islandzkich. Dlaczego? Jest wiele baskijsko-islandzkich związków, o których powinieneś wiedzieć! Kraj Basków to region rozciągający się od północno-wschodniej Hiszpanii po kawałek Francji na południowym zachodzie, choć autonomicznym Krajem Basków można nazywać tylko część po granicy hiszpańskiej. Nazwa ta, podobnie jak dawna, nieużywana już “Baskonia”, …

Artykuł Co ma Bask do Islandczyka? pochodzi z serwisu .

Trolltunga

Lepiej razem czy osobno? Norweskie czasowniki złożone

Na pewnym etapie nauki norweskiego uczniowie zaczynają zauważać pewien schemat: tilhøre (należeć) znaczy dokładnie to samo, co høre til, påpeke (wskazać) to bliźniak peke på, a inngå (zawrzeć, np. umowę, układ) spokojnie można używać zamiennie z... Gå inn? Chwileczkę, zwrot ten oznacza przecież tyle, co wejść... I tutaj właśnie zaczynają się schody. Czasowniki złożone z przedrostkiem i tzw. partykułą frazową, która odrywa się od niego, nie zawsze będą pasowały do siebie jak ulał. W dzisiejszym

SKANDIS

Ragnhild, duch walkirii i impotencja – o pewnym XIV-wiecznym procesie o czary w Norwegii.

Każdy z Was pewnie słyszał o polowaniach na czarownice, które nie ominęło też Skandynawii. Wprawdzie tam magią parali się dawni bogowie, niemal każdy rodzimy mieszkaniec Laponii, niezależnie od płci, uchodził kiedyś za czarownicę czy czarownika, a i w ludowym folklorze znalazłoby się sporo rzeczy, które można podciągnąć pod praktyki magiczne, ale wraz we wzrostem znaczenia... Czytaj dalej →

Utulę Thule

Sztuka doznań (z Instagrama)

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jakie to uczucie znaleźć się w środku włochatej bestii? Doświadczyć kosmatych glonów wszystkimi zmysłami? Może Ci na to pozwolić dzieło sztuki. A dokładniej twórczość islandzkiej artystki Hrafnhildur Árnadóttir działającej pod pseudonimem Shoplifter. Miałam przyjemność oglądać jej prace podczas wystawy czasowej w Listasafn Íslands latem 2017 roku. Wówczas zaprezentowała dwie instalacje TAUGAFOLD …

Artykuł Sztuka doznań (z Instagrama) pochodzi z serwisu .

Trolltunga

Co ten Duńczyk? O różnicach między duńskim a norweskim

Języki skandynawskie są podobne – z tym stwierdzeniem nikt raczej nie będzie się kłócił. Jak jednak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach, dlatego podobieństwa te czasem mogą wyprowadzić nas w pole. W dzisiejszym poście rozszerzamy temat, który poruszaliśmy jakiś czas temu tutaj – tyle że tym razem bierzemy pod lupę wzajemne stosunki duńsko-norweskie.Szwedzi i Norwegowie zwykli powtarzać, że duńska wymowa to efekt gorącego ziemniaka w gardle (wie o tym każdy, kto próbował poradzić sobie z wyrażeniem

Norwegolożka

Czy Norwegowie są religijni?

Czy Norwegowie są religijni? Jak świętują najważniejsza wydarzenia w życiu takie jak ślub czy chrzest? Co dał Norwegii "rozwód" z kościołem?

poFIKAsz?

Komunikacja miejska w Sztokholmie

Jeśli wybierasz się do stolicy Szwecji, warto dowiedzieć się jak wygląda komunikacja miejska w Sztokholmie. Jak poruszać się po mieście, ile kosztują bilety i co warto wiedzieć? Sztokholm położony jest na 14 wyspach, które łączyContinue reading

Artykuł Komunikacja miejska w Sztokholmie pochodzi z serwisu poFIKAsz?.

Utulę Thule

Uczta dla polskich fanów muzyki islandzkiej już niedługo

Już za niecały miesiąc rusza festiwal Iceland to Poland. W jego ramach polscy fani muzyki islandzkiej będą mogli posłuchać na żywo kilku naprawdę niezwykłych artystów z Islandii. Po trzyletniej przerwie ten jedyny na świecie podróżujący festiwal znowu dociera do Polski. Projekt Iceland to Poland powstał w 2016 roku i wówczas w największych polskich miastach: Wrocławiu, …

Artykuł Uczta dla polskich fanów muzyki islandzkiej już niedługo pochodzi z serwisu .

Kierunek Norwegia

Punkt widokowy Rampestreken i Åndalsnes

Najbardziej lubię takie punkty widokowe do których, żeby się dostać, trzeba włożyć chociaż trochę wysiłku. Wtedy stanięcie na platformie i podziwianie tego, co dookoła smakuje jeszcze lepiej. Punkt widokowy Rampestreken znajduje się Åndalsnes i właśnie, żeby popodziwiać okoliczne widoczki, trzeba najpierw trochę się zmęczyć. Ale warto, oj warto!     Punkt widokowy Rampestreken Droga na Rampestreken rozpoczyna się prawie że w centrum miasta Åndalsnes. Tuż obok wejścia na szlak znajduje się spory, ale płatny parking. Jeżeli pokrążycie po okolicy, powinniście znaleźć inne, darmowe miejsca do parkowania. Początek trasy to metalowy podjazd, który umożliwia wejście na pobliski punkt widokowy Nebba również osobom na wózku. Podjazd jest dość stromy, a w deszczowe dni trzeba uważać, aby się nie poślizgnąć. Szlak na Rampestreken to 2 kilometry pod górkę, spacer zajmuje około 3 godzin z przerwą na górze. Trasa niby krótka, ale trzeba mieć na nogach buty trekkingowe, a przewyższenie jest spore. Dużo osób wybiera się w to miejsce nieprzygotowane, zachęcone krótkim dystansem. To niby tylko 2 kilometry, ale po górach, więc wyjście w klapkach to nie jest dobry pomysł.     Ostatnia część trasy to wędrówka po schodach. Tuż przed wejściem na rampę znajduje się miejsce, w ktorym możecie uzupełnić zapasy wody pitnej. Swoją drogą bardzo pysznej. Punkt widokowy Rampestreken jest jedną z fajniejszych konstrukcji tego typu w Norwegii. Znajduje się na wysokości 537  m n.p.m. Wokół widoki są naprawdę piękne, a gdy spojrzymy w dół nie widzimy pod naszymi nogami nic, oprócz lasu. Dobre miejsce, żeby sprawdzić naszą odwagę.     A to ja i moja odwaga:     Widoki bezcenne:     To miejsce można zdobyć również na inny sposób. Tuż obok starego tunelu zaczyna się Via Ferrata. Sprzęt możecie wypożyczyć w Åndalsnes. Oczywiście istnieje możliwość zdobycia tego szlaku razem z wykwalifikowanym przewodnikiem. Więcej na temat na oficjalnej stronie >>>     Gdzie ruszyć dalej? 🔸 Na pewno punktem obowiązkowym w tej okolice jest słynna Droga Trolli, czyli Trollstigen. Czy warto się tam wybrać, przekonacie się czytając ten wpis>>> 🔹 Tuż obok szlaku na Rampestreken znajduje się szlak do Romsdalseggen. Zanim zdobędziemy szczyt czeka nas 10,3 km drogi w jedną stronę. Jest to wymagający trekking, ale wiele osób uważa, że na szczycie czekają nas jedne z najpiękniejszych widoków w całej Norwegii. 🔸 Kolejny szczyty do zdobycia to Nesaksla (2 km w jedną stronę) i wędrówka do Vikåa (3,2 km). 🔹 W bardzo bliskiej okolicy znajduje się Ściana Trolli. Koniecznie ją zobaczcie, nawet przejazd samochodem obok tak wysokiej, pionowej ściany to już atrakcja sama w sobie. 🔸 Spacer po małym miasteczku Åndalsnes to również dobry pomysł. Możemy odwiedzić np. Norsk Tindesenter, czyli norweskie centrum wspinaczki górskiej i gór. 🔹 Fani kolei na pewno zainteresują się przejażdżką Raumabanen. Jest to malownicza trasa kolejowa od Dombås do Åndalsnes.   Filmowa relacja z trasy w to miejsce na moim Instagramie w wyróżnionych relacjach TUTAJ Dobrej widoczności! Sylwia.  

Artykuł Punkt widokowy Rampestreken i Åndalsnes pochodzi z serwisu Kierunek Norwegia.

Trolltunga

Norske låter, czyli playlista na lato

Nasi najwierniejsi czytelnicy pamiętają może nasz subiektywny ranking norweskich wokalistek, który powstał już prawie dwa lata temu. Tida flyr! Obiecaliśmy sobie wtedy solennie, że na muzyczny post przyjdzie jeszcze kiedyś pora. Chyba najwyższy czas dotrzymać wreszcie słowa. 😊 Jeśli tego lata brakuje Wam playlisty w sam raz na wieczornego grilla, przybywamy z pomocą. Oczywiście w wydaniu norweskim. 😊Niby nic odkrywczego, a i tak po jednym przesłuchaniu nie można pozbyć się refrenu. Mowa o

poFIKAsz?

Tajemnice Blekinge

Blekinge… Region Szwecji, który znajduje się tuż po drugiej stronie morza Bałtyckiego. Zaraz obok Skåne jest najczęściej odwiedzanym przez Polaków miejscem w Szwecji. Jakie tajemnice skrywa Blekinge? Blekinge to najmniejszy szwedzki region o powierzchni nieprzekraczającejContinue reading

Artykuł Tajemnice Blekinge pochodzi z serwisu poFIKAsz?.

SKANDIS

Kamień runiczny z Malsta (Hs14) – runy bez pnia o Hé-Gylfe i lokalnym kamieniołomie.

Bohaterem dzisiejszego wpisu z cyklu runicznych ciekawostek jest kamień runiczny z Malsta w gminie Hudiksvall, w regionie Hälsingland – w środkowej Szwecji. Wyryte na nim znaki są najdłuższą, znaną nam inskrypcją wykonaną przy użyciu tzw. run bez pnia. Runy krótko- i długogałązkowe kojarzy każdy, ale w okresie wikingów używano też trzeciego wariantu: run bez pnia,... Czytaj dalej →

Szkice Nordyckie

„Nikt mnie nie ma” Åsa Linderborg

Åsa Linderborg w 2007, gdy ukazało się Nikt mnie nie ma słynęła z wyrazistej publicznej postawy, bezkompromisowego pióra i ciętej retoryki. Znana była z krytyki wszystkiego co dotyczy USA, wojny w Iraku, a za nieugięte kwestionowanie sensu ataku USA na Irak, „Expressen” przypięło jej łatkę faszystki. Jej powieść zaskoczyła wszystkich. Nikt po tak drapieżnej publicystce […]

Artykuł „Nikt mnie nie ma” Åsa Linderborg pochodzi z serwisu Szkice Nordyckie.

Szwecjoblog - blog o Szwecji

19. Festiwal Filmów Skandynawskich w Darłowie



Urlop nad polskim morzem może wyglądać tak: najpierw plaża, woda, smażona ryba i lody, książka na leżaku, a wieczorami skandynawskie kino. Ja w każdym razie tak wyobrażam sobie swój urlop nad Bałtykiem. Gdzie czeka na Was takie połączenie? W Darłowie. I to już po raz dziewiętnasty. Już w przyszłym tygodniu, w czwartek 25.07. rozpocznie się 19. Festiwal Filmów Skandynawskich, który potrwa do niedzieli.


19. Festiwal Filmów Skandynawskich to 17 projekcji filmowych, w tym 8 dla dzieci i młodzieży - każdy znajdzie więc coś dla siebie. Projekcje odbędą się w darłowskim kinie Bajka (ul. Morska 56). Warto zaznaczyć, że wstęp na festiwalowe seanse jest wolny. 

Pełen harmonogram seansów znajdziecie na facebookowym fanpage'u Festiwalu Filmów Skandynawskich (udostępniam post z informacjami na końcu tego wpisu), a ja chciałabym zaprezentować Wam kilka punktów programu (przede wszystkim tych szwedzkich, ale nie tylko), których moim zdaniem nie można przegapić.


Granica (Gräns), reż. Ali Abbasi


O czym jest? 
O ludziach i o trollach, ale bardziej o ludziach. O poczuciu wyobcowania, inności, samotności i specyficznej więzi człowieka z naturą.
Dlaczego warto go zobaczyć? 
Żeby przekonać się na własnej skórze, że filmy, które oglądamy, nie muszą być miłe. I że samemu odpowiedzieć sobie na pytanie, o czym jest tak naprawdę jest ten film.


O Granicy pisałam na blogu TUTAJ.


Persona, reż. Ingmar Bergman



O czym jest? 
O stawianiu pytań o tożsamość i maski, o międzyludzkich napięciach.
Dlaczego warto go zobaczyć? 
Bo to jeden z najbardziej znanych, ale tez najbardziej zagadkowych filmów mistrza Bergmana.


Bergman - Rok z życia (Bergman - Ett år, ett liv), reż. Jane Magnusson



O czym jest? 
O pracy Ingmara Bergmana i o tym, jak jego życie osobiste i lęki znajdują odzwierciedlenie w jego filmach.
Dlaczego warto go zobaczyć? 
Żeby lepiej zrozumieć m.in. Personę.


Młodość Astrid (Unga Astrid), reż. Pernille Fischer Christensen


O czym jest? 
O Astrid Lindgren, jaka polskim czytelnikom być może jest mniej znana, to znaczy o światowej sławy autorce książek dla dzieci, zanim się jeszcze stała się słaną autorką.
Dlaczego warto go zobaczyć? 
Żeby dowiedzieć się więcej o autorce m.in. Pippi Långstrump (a film z samą Pippi jako główną bohaterką zresztą też jest w programie)


Dom, który zbudował Jack (The House That Jack Built), reż. Lars von Trier



O czym jest? 
O seryjnym mordercy, który swoje zbrodniach uważa za dzieła sztuki. Kontrowersyjny, brutalny (podobno podczas seansów niektórzy widzowie wychodzili z kina).
Dlaczego warto go zobaczyć? 
Bo nazwisko Larsa von Triera pojawia się w programie Festiwalu Filmów Skandynawskich niemalże co roku (choć ja tego filmu trochę bym się chyba bała).


The Quake. Trzęsienie ziemi (Skjelvet) reż. John Andreas Andersen


O czym jest? 
O trzęsieniu ziemi o niespotykanej wcześniej na Ziemi skali, które nawiedza Oslo.

Dlaczego warto go zobaczyć? 
Bo film Fala, w którym Norwegię nawiedza fala tsunami, został doceniony przez widzów i krytyków. Teraz pora na trzęsienie ziemi - w tej samej obsadzie aktorskiej.

Utoya, 22 lipca (Utøya 22. juli), reż. Erik Poppe 


O czym jest? 
O ataku terrorystycznym w Norwegii z 22 lipca 2011 roku.
Dlaczego warto go zobaczyć? 
Bo to, o czym opowiada film, wydarzyło się naprawdę.



https://www.facebook.com/ffsdarlowo/photos/a.289160544582957/1355162864649381/?type=3&theater

Na który seans wybralibyście się najchętniej?

Nowa w Szwecji

Wyspa Ven - Perła Öresund

"Perła Öresund", czyli szwedzka wyspa Ven, jeszcze do połowy XVII wieku była duńska. "Får jag inte Ven, bryter jag freden! " ("Jeśli nie dostanę Ven, zrywam pokój!") - miał zagrozić szwedzki król Karol X Gustaw. Ven dostał, pokój i tak zerwał, ale w ogóle mu się nie dziwię - też skłamałabym dla Ven. Na pewno wiele dla sławy wyspy zrobił szwedzki poeta Gabriel Jönsson, dla którego Hven (wolał nazwę razem z "H", ale o tym na końcu) była największą życiową inspiracją. Jego wiersz "Vid vakten" ("Na straży"), opowiadający o tym, co chciałoby się zrobić "dziewczynie z Backafall", gdy "księżyc trzyma straż nad wyspą", doczekał się nie tylko interpretacji muzycznej, ale i filmowej. Tymczasem widok na klify Backafall jest rzeczywiście niezwykle inspirujący. Cała wyspa przypomina zresztą wysuniętą z morza platformę, co powoduje, że zaczyna się doceniać na niej uroki rowerów elektrycznych. Droga z wybrzeża wgłąb wyspy to istna mordęga - o ile akurat nie jest to pionowa ściana, to do pokonania mamy zawsze slalom o nachyleniu mniej więcej 25% (jeśli nie potraficie sobie tego wyobrazić, to powiem tylko, że zwykły śmiertelnik na pewno nie da rady podjechać pod tę górę rowerem). Środek Ven jest płaski, z nielicznymi wzniesieniami, wśród których osadzone są pola uprawne, niewielkie gospodarstwa i malutkie, urocze wioski. Przesuwaj w prawo, by zobaczyć więcej zdjęć! Ven to mała wyspa, ma mniej więcej 4,5 x 8,5 km, co daje powierzchnię 7,5 km kw. Nieco ponad trzystu jej mieszkańców w każde lato znosi oblężenie turystów (oblężenie po szwedzku - w sensie, że nagle w zasięgu wzroku pojawiają się jacyś ludzie). Na Ven można dopłynąć promem z Landskrony, zaś w letnim okresie również z Kopenhagi oraz uroczego miasteczka Råå pod Helsingborgiem. Promy pływają dość często, więc wyprawa na cały dzień to optymalna opcja. My płynęliśmy promem z Landskrony, rejs trwa pół godziny. Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 75 SEK, dla dziecka 25 SEK, dzieci do lat 5 płyną bezpłatnie. Wzięliśmy oczywiście rowery - to koszt 50 SEK w jedną stronę. Jasne, że na Ven można zabrać samochód (kosztuje to 700 SEK), ale... Nie będziecie mieli tam nim gdzie jeździć. Na tej małej wyspie jest zaledwie kilka dróg, a więcej niż połowa z nich to drogi dla pieszych i rowerów. Zapewniam Was, że w najlepsze miejsca na Ven samochodem po prostu nie dojedziecie. Zaraz przy porcie znajduje się wypożyczalnia rowerów, tandemów, przyczepek, doczepek, kasków, fotelików dla dzieci i czego tylko dusza zapragnie - rowerów jest tam zawsze zdecydowanie więcej niż ludzi. Wszyscy turyści ciągną w jedno oczywiste miejsce: do centrum, gdzie znajduje się muzeum oraz obserwatoria Tycho Brahe'go - duńskiego astronoma, który w XVI wieku dostał wyspę Ven od króla, by tam prowadzić badania nad kosmosem. My oczywiście, widząc tłum jak na Krupówkach, zgrabnie ominęliśmy głodnych informacji wycieczkowiczów i objechaliśmy rowerami całą wyspę wzdłuż i wszerz. Naszym hotelem był namiot pod drzewami przy brzegu morza i obawiamy się, że nic lepszego już nas na campingach w życiu nie spotka. Umówmy się: turystyka w polskim tego słowa rozumieniu, w Szwecji po prostu nie istnieje. Nie znajdziecie tutaj kramików z bibelotami i pamiątkami, budek z fast-foodami, automatów do wrzucania pieniędzy za cokolwiek, kiosków i spożywczaków na każdym rogu. Tym bardziej nie znajdziecie tego na Ven. Jest tam co prawda kilka świetnych knajp i kawiarni, znaleźliśmy nawet jeden sklep (był zamknięty, tak po prostu), ale lepiej wyposażyć się w prowiant i wodę, zwłaszcza przy takiej śródziemnomorskiej aurze jak tegoroczna. Gorrrąco polecam również okrycie na głowę - niestety, cienia wśród tych złotych pól można nie uświadczyć przez naprawdę wiele minut. Na pewno bez problemu uda Wam się odwiedzić wszystkie miejscowości na wyspie: port Bäckviken, w którym "wylądujecie", Norreborg (tam jest camping i plaża), Kyrkbacken oraz centralne Tuna by. Szczególnie pięknie jest w najbardziej oddalonym na zachód Kyrkbacken - to nad nim góruje bardzo stary i przepiękny XIII-wieczny kościół w stylu śródziemnomorskim, który jest bardzo popularnym miejscem szwedzkich ślubów. Jest jeszcze jeden duży plus nieposiadania auta na wyspie Ven - otóż wyspa ma własną destylarnię, w której można spróbować lokalnych alkoholi (w tym kilku aromatów whisky) oraz poznać sposoby produkcji trunków. Jeśli jednak nie jesteście zagorzałymi koneserami whisky, możecie dać sobie spokój z destylarnią - ciężko tam o miejsce bez rezerwacji, obsługa jest dość niemiła (sprawdzone dwukrotnie!), a ceny alkoholi są po prostu kosmiczne. I na koniec niezbyt istotna, ale ciekawa kwestia. Spotkacie się z dwojakim zapisem nazwy wyspy: "Ven" oraz "Hven". Pierwszy zapis jest oficjalny i aktualny, drugi zaś wywodzi się jeszcze z czasów kiedy po pierwsze wyspa była duńska, a po drugie - z czasów, gdy jeszcze do początku XX wieku przed szwedzkimi słowami obecnie zaczynającymi się na literę "v", pisało się "h" (np. "hvad?"). To nieszczęsne "h" usunęła reforma językowa z 1906 roku i tym samym objęła ona również nazwę wyspy, która tak oto została wyspą "Ven". Jeśli więc spotkacie się z zapisem przez "H", to autorem jest albo Duńczyk albo tradycjonalista albo osoba, która uważa, że tak jest bardziej uroczo - do tych ostatnich należał na przykład wyżej wspomniany poeta Gabriel Jönsson. Aha, lokalny żarcik: "På Ven man pratar venska". Przydatne linki: Kup bilety promowe Wynajmij rower na Ven Zabookuj miejsce na campingu Muzeum Tycho Brahe

Farerskie kadry

Farerska rozmowa – Marcin Michalski (część 2)

Dziś zapraszam na ciąg dalszy rozmowy ze współautorem pierwszej polskiej książki poświęconej Wyspom Owczym – „81:1. Opowieści z Wysp Owczych” – Marcinem Michalskim. Przeczytaj część pierwszą Zainspirowany “farerskim psychotestem” z naszego spotkania w ramach Nordic Talking, pozwól, że zrewanżuję się podobnym pytaniem. Jakie skojarzenie przychodzi Tobie na myśl w związku z tymi farerskimi miejscami i […]

Artykuł Farerska rozmowa – Marcin Michalski (część 2) pochodzi z serwisu Farerskie kadry.

Nowa w Szwecji

Moje TOP 9 Miejsc w Malmö + MAPA

Szwecja to geograficznie bliski Polsce, ale bardzo egzotyczny kraj. Polecam Wam wybrać się za morze, by powdychać trochę czystego powietrza i pozwiedzać przepiękną Skandynawię. Samolotem najbliżej, bo tylko 40 minut lotu z Gdańska, a nieco ponad godzinę z Katowic, macie do Malmö - i uwierzcie, że dużo lepiej trafić nie możecie! Zobaczcie, jakie są moje ulubione miejsca w mieście. Na końcu artykułu czeka na Was link do mapy. 1. Slottsträdgården i Slottsmöllan Te nazwy Was zabiją, wiem. Ale to, co się pod nimi kryje, totalnie Was zauroczy. Podczas gdy (moim skromnym zdaniem) zamek królewski w Malmö nie zasługuje na wiele uwagi, bo wygląda dobrze jedynie z góry, Ogrody Zamkowe to już zupełnie inna bajka. Wyobraźcie sobie, że jesteście w przepięknym królewskim parku - kręte żwirowe alejki wiją się pomiędzy idealnie przystrzyżonymi trawnikami, bardzo starymi drzewami, klombami kolorowych kwiatów i urokliwych stawów. Z daleka widać piękny, stary młyn, który w otoczeniu soczystej zieleni wygląda tak, jakby miała z niego zaraz wyskoczyć umorusana mąką królewna Fiona. I nagle, zjeżdżając z jednego z mostów, trafiacie do ogródka. Do swojskiego, podzielonego drewnianymi płotkami na grządki ogródka, ale zamiast marchewki i kalarepy, jest pełen kolorowych roślin z różnych zakątków świata. Idąc jego ścieżkami, dotrzecie do kawiarni - białego drewnianego budynku, gdzie możecie zjeść pyszne lody, napić się piwa, a przede wszystkim odpocząć w cieniu wśród różanych kwiatów. Bajka! 2. Ribersborgs Kallbadhus i Ribersborgsstranden Taką miejską plażę to ja rozumiem! Szeroka i piaszczysta plaża Ribersborg ciągnie się przez 2 kilometry wzdłuż wybrzeża Malmö. Gdy spojrzymy prosto na morze, część horyzontu zasłonią nam niezwykle fotogeniczne łaźnie, do których co bardziej uparci Szwedzi chodzą przez cały rok, aby kąpać się w morzu. Do budynku, który grał w pierwszym sezonie serialu “Bron”, prowadzi z plaży długie molo, ale nie musimy wieńczyć spaceru kąpielą - możemy zwieńczyć go kawą w klimatycznej kawiarence. To nie koniec - po prawej stronie czeka na nas jeden z lepszych widoków na symbol Malmö, czyli zakręcony wieżowiec Turning Torso, zaś po lewej stronie dostrzeżemy w dali Most Öresund. Gdy my podziwiamy, dzieci mogą bawić się na placu zabaw, biegać po trawie, pluskać się w morzu lub jeść lody. Idealne miejsce na zachód słońca! 3. Stare Miasto: Jakob Nilsgatan, Larochegatan, Lilla Torg “Gatan”, czyli uliczka. Moją ulubioną na Starym Mieście jest właśnie uliczka Jakoba Nilsa. Kolorowe, bardzo stare kamieniczki ciągną się wzdłuż niej aż do Zamkowego Parku - tutaj naprawdę można poczuć klimat starego Malmö. Gdy pójdziemy w stronę małego, ale niezwykle urokliwego Lilla Torg (dosłownie “małego skweru”), który stał się niedawno nieoficjalnym centrum miasta, będziemy mogli podziwiać świetnie zachowane, kilkusetletnie budynki. Prawdziwa cegła, pruski mur, drewno, kamień - miłośnicy dawnej architektury poczują się jak w raju. Wszystko to zaadaptowane na kawiarnie, restauracje i galerie sztuki. Wisienką na tym torcie jest Larochegatan - to nieodwoływalny fika alert ;) 4. Lernacken To mało popularne miejsce - aby dostać się na Lernacken, należy przejechać przez przepiękne osiedla dość bogatych dzielnic Limhamn oraz Bunkeflo. Na mojej mapie zaznaczyłam już-nie-takie-tajne miejsce, które możecie użyć jako parkingu dla auta, ale jak wszędzie w Malmö, lepiej wybrać się tam rowerem. To przepięknie położone, rozległe tereny rekreacyjne z oszałamiającym widokiem na Öresundsbron i Bunkeflostrand. Widać stąd także farmę wiatrową pośrodku Sundu oraz duńskie wybrzeże. Jeśli jesteście wyjątkowo uparci, to można tędy dostać się aż pod sam słynny most. W najwyższym punkcie Lernacken znajduje się też tajemnicze “coś” - jedni mówią, że to efektowny czujnik, inni, że to baza kontaktowa z obcymi cywilizacjami, ale zawsze możecie stworzyć własną teorię. 5. Alnarp Siedziba Szwedzkiego Uniwersytetu Rolniczego. Brzmi średnio? No to sami zobaczcie - wypadniecie z własnych butów. Bez wątpienia można nazwać to miejsce szwedzkim Hogwartem. Jedno jest pewne - każdy chciałby studiować w zamku, w otoczeniu przepięknych parków, ogrodu botanicznego oraz dawnych zamkowych budynków gospodarczych, zaadaptowanych na uczelniane sale, biblioteki i akademiki. A wszystko to rzut beretem od “szwedzkiego Miami”, czyli miasteczka Lomma. Już nie Malmö, ale jeszcze Malmö - wszystko dalej w zasięgu Waszych rowerów. To zdecydowanie moje ulubione okolice. 6. Västra Hamnen Wiele osób twierdzi, że Västra Hamnen „robi Malmö”. Port Zachodni, bo tak tłumaczy się tę nazwę, to nowoczesna dzielnica mieszkalna, zbudowana na miejscu dawnej, industrialnej dzielnicy portowej. Pamiętacie taką starą kreskówkę Hanna-Barbera, „Jetsonowie”, o rodzince która żyje w przyszłości? Taki właśnie klimat ma Västra Hamnen! Warto zrobić sobie dłuższy spacer wzdłuż wybrzeża na Sundspromenaden, gdzie mamy piękny widok na Cieśninę, następnie odbić w prawo wprost pod podstawę Turning Torso i zakończyć spacer przy Dockan Marina, gdzie najzamożniejsi mieszkańcy miasta trzymają swoje żaglówki. 7. Rosengård - miejsce, gdzie powstała legenda Wiecie, że jeden z najsłynniejszych na świecie piłkarzy, Zlatan Ibrahimovic, pochodzi właśnie z Malmö? Żeby tego było mało, dzieciństwo spędził w niesławnej dzielnicy Rosengård, gdzie mieszkał i uczył się kopać w piłkę. Teraz, skromne boisko pod jego blokiem, zostało pięknie wyremontowane i nosi dumną nazwę Zlatan Court. Można też podejść tuż pod drzwi klatki jego klatki schodowej. Zaraz obok jest wiadukt z wypowiedzianymi przez piłkarza słowami: „Można wyciągnąć człowieka z Rosengård, ale nigdy nie wyciągnie się Rosengård z człowieka”. 8. Gamla Limhamn i Kirseberg To dwie najstarsze, zaraz obok Starego Miasta, dzielnice Malmö. Nie zapomnijcie aparatu, bo są wyjątkowo „instagramowe” – uliczki kolorowych, uroczych domków sprzed wieku, niezwykle zadbanych przez szwedzkie rodziny, zupełnie nie wskazują na to, że jesteśmy niemal w centrum dużego miasta. Krajobraz wskazuje bardziej na baśniową wieś, a za rogiem spodziewać się można krasnala lub księżniczki. Polecam taki spacer w szczególności latem, gdy pod murami domów kwitną malwy. 9. Lomma Dojazd z centrum rowerem do “szwedzkiego Miami”, czyli miasteczka Lomma, zajmuje nieco ponad pół godziny. Lomma to magiczne, idylliczne miejsce i bardzo znany wakacyjny cel wszystkich Szwedów, ale próżno tam szukać rozległego turystycznego zaplecza rodem z polskich kurortów. Hermetyczne środowisko mieszkańców stworzyło sobie na Ziemi małą namiastkę raju – dowodzą tego również statystyki. Już nie Malmö, ale jeszcze Malmö - to zdecydowanie moje ulubione okolice, a zachody słońca na plaży w Lomma są najpiękniejsze! Transport Kiedy będziecie wjeżdżać do miasta, na pewno zobaczycie duże tablice, głoszące, że Malmö to “miasto rowerowe” i rzeczywiście tak jest - najlepiej i najbezpieczniej podróżuje się po nim rowerem lub… elektryczną hulajnogą. Możecie wypożyczyć je w wielu punktach w mieście – jedyne, czego potrzebujecie to aplikacja na telefon (rowery: Donkey Republic, Malmö by bike, hulajnogi: Voi, Lime, Tier). Jeśli chcecie skorzystać z autobusu czy pociągu, ściągnijcie apkę Skånetrafiken – możecie w niej znaleźć przystanek, trasę oraz kupić bilety. . Bez żartów - porzućcie samochody, gdyż żółwie tempo, pozamykane ulice oraz brak miejsc parkingowych doprowadzą Was do furii. Samochód przyda się tylko, gdy postanowicie wybrać się dalej za miasto - na przykład do mojego ulubionego Skanör czy do zamku w Torup. Skorzystajcie wtedy z zaznaczonych przeze mnie parkingów. Nie musicie mieć drobnych pieniędzy, wręcz przeciwnie - niewiele z nimi nie zdziałacie. Parkingi opłaca się przy użyciu karty bankowej lub aplikacji mobilnych. Mapa Malmö to naprawdę świetne i klimatyczne miasto - więcej lokalizacji, wartych odwiedzenia, znajdziecie na mapie, którą dla Was stworzyłam. Z takim materiałem, zaplanowanie wycieczki po Malmö będzie łatwizną! Oczywiście, na pewno nie uwzględniłam wszystkich interesujących punktów w mieście - wyszczególniłam tylko moje ulubione. Wiele jeszcze przede mną do odkrycia, więc jeśli dodalibyście coś do mapy, to koniecznie do mnie napiszcie!Jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości, na przykład co do własnego bezpieczeństwa w Malmö, to koniecznie zerknijcie na ten artykuł. Śledźcie też moje profile na Facebooku i Instagramie, jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o Malmö. Słonecznych wakacji! Wybierasz się do Malmö? Przeczytaj również: Malmö, Szwecja: Czy można czuć się bezpiecznie w “wyklętym mieście”? Szwedzkie Savoir-Vivre, Czyli Czego Nie Robić w Szwecji 11 Najczęstszych Błędów Polskich Turystów w Szwecji 5 popularnych mitów o Szwecji i Szwedach - prawdziwe czy nie? Moje Skåne - 10 Miejsc, Które Trzeba Zobaczyć w Skanii + MAPA

Utulę Thule

Nigdy nie byłam w Belfaście

W knajpie, do której często chodzę na pizzę, puszczają różne rodzaje muzyki, ale głównie kawałki dość przewidywalne, modne. Dlatego zdziwiłam się, kiedy ostatnio z głośników popłynęło dobrze znane Underwear. W roku 2019 to jednak dość naiwne dziwić się na islandzkie zespoły w polskim radiu. Jak każdy hipster roszczę sobie prawo do muzyki, którą uznaję za …

Artykuł Nigdy nie byłam w Belfaście pochodzi z serwisu .

Marchewkowa Skandynawia

Najlepsze skandynawskie i nordyckie seriale – część druga

Od ostatniego wpisu o moich ulubionych nordyckich serialach minęły niecałe cztery miesiące, a w międzyczasie pojawiło się sporo nowych oraz udało mi się nadrobić kilka zaległości. Wpis możecie znaleźć tutaj. Ten post zaczniemy od seriali, które są dostępne na Netflixie, a zostały pominięte w poprzednim zestawieniu. Znów kolejność nie jest przypadkowa 😉 Pierwszy z nich […]

Farerskie kadry

Farerska rozmowa – Marcin Michalski

Dziś w kolejnym odcinku “Farerskiej rozmowy” goszczę współautora pierwszej polskiej książki poświęconej Wyspom Owczym – „81:1. Opowieści z Wysp Owczych”. Naszą rozmowę publikujemy w dwóch częściach. Zapraszamy do lektury pierwszej z nich. Marcin Michalski – wielki pasjonat i kolekcjoner wszystkiego co farerskie. Marcinie, jakie jest Twoje pierwsze farerskie wspomnienie? Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś o […]

Artykuł Farerska rozmowa – Marcin Michalski pochodzi z serwisu Farerskie kadry.

Marchewkowa Skandynawia

Ales Stenar jedna z najbardziej tajemniczych atrakcji Szwecji

Kiedy o godzinie 6:00 z małym hakiem zjechaliśmy z promu w Ystad postanowiliśmy pojechać wzdłuż wybrzeża, aby poszukać jakiegoś urokliwego miejsca na śniadanie, a także aby przeczekać do otwarcia muzeów w Ystad. Daleko szukać nie musieliśmy. Jadąc na wschód od miasta portowego (około 16 kilometrów) odnaleźliśmy szwedzką wersję Stonehege – Ales Stenar.  Kåseberga, tak nazywa […]

Szwedzka półka

Marta Biernat, Adam Biernat „LAPONIA. WSZYSTKIE IMIONA ŚNIEGU”

„Laponia. Wszystkie imiona śniegu” Marty Biernat ze zdjęciami Adama Biernata to druga książka autorów bloga Bite of Iceland. Pierwsza, „Rekin i baran”, traktowała o Islandii. Wraz z kolejną przenosimy się do krainy obejmującej tereny Szwecji, Norwegii, Finlandii i Rosji, by poznać jej mieszkańców – Saamów. […]

Artykuł Marta Biernat, Adam Biernat „LAPONIA. WSZYSTKIE IMIONA ŚNIEGU” pochodzi z serwisu SZWEDZKA PÓŁKA.

Norwegolożka

Skandynawia na wakacje – spotkanie autorskie

Informacja o najbliższym spotkaniu autorskim, na którym wraz z Natalią ze Szwecjobloga będziemy rozmawiać o wakacyjnej Skandynawii.

Nowa w Szwecji

Przeprowadzka Do Szwecji - Od Czego Zacząć?

Dostaję od Was wiele pytań odnośnie przeprowadzki do Szwecji. Wiem, że dużo osób pragnie rozpocząć życie w tym skandynawskim kraju, ale jest to tak wielki i znaczący krok w życiu, że większość z nich zwyczajnie gubi się w tym całym przedsięwzięciu i porzuca swój plan w przedbiegach. Dla jeszcze większej ilości ludzi Szwecja jest po prostu marzeniem, które gdzieś tam sobie dryfuje pomiędzy zdjęciami z Instagrama i wieczorami spędzonymi na oglądaniu szwedzkiej kinematografii. Jak marzenie przekształcić w rzeczywistość? Od czego zacząć? Postaram się odpowiedzieć na te wątpliwości - ale uwaga, bez lukru. Zorientuj się Szwecja to piękny kraj, a stabilne życie i wysokie, jak na polskie warunki, zarobki, przyciągają jak magnes. Na dzień dzisiejszy, liczba polskich imigrantów w Szwecji przekracza 100 tysięcy osób - oficjalnie. Ilość osób, które nie są tutaj zarejestrowane jest jednak znacznie wyższa, gdyż na podstawie unijnych przepisów o swobodnym przepływie osób, Polacy nie potrzebują żadnego pozwolenia na pobyt w Szwecji. Zgodnie z prawem UE, każdy obywatel UE, który przebywa w innym państwie UE do 3 miesięcy, nie musi tego faktu nigdzie zgłaszać. W Szwecji nie trzeba zgłaszać swojego pobytu nawet w przypadku, gdy przekroczymy czas trzech miesięcy. W praktyce więc można "siedzieć" sobie w Szwecji bez załatwiania żadnych formalności przez nieograniczoną ilość czasu. Minus tego będzie taki, że jest się wtedy poza systemem i nie można liczyć na pomoc państwa w wielu sprawach. Bez szwedzkiego numeru personalnego (odpowiednik PESEL) trudno jest też o założenie konta w banku (trudne, ale możliwe), rejestracje w różnych systemach, aplikacjach, programach lojalnościowych sklepów, etc. Generalnie - jesteście, ale nie istniejecie. Bez numeru personalnego w Szwecji - co można? - poradnik od kommers.se TEORETYCZNIE każda osoba, która MA ZAMIAR przebywać w Szwecji więcej niż rok, powinna złożyć wniosek o rejestrację w szwedzkim spisie ludności (folkbokföring), który prowadzi szwedzki odpowiednik urzędu skarbowego (Skatteverket). W praktyce jednak... Szwecja Cię nie chce ...i niestety, z tym faktem należy pogodzić się od razu. Lepiej późno niż wcale, ale szwedzkie państwo uczy się na swoich błędach i obecnie chwyta się naprawdę wielu sposobów, czasem takich na granicy prawa, aby po prostu ograniczyć napływ ludzi do Szwecji. Rejestracja w folkbokföring oznacza nierozerwalny związek państwa z mieszkańcem i nakłada na obie strony wiele przywilejów, ale i zobowiązań - to poważna sprawa. Opowieści ludzi o trudnościach związanych z rejestracją i otrzymaniem numeru personalnego mogę mnożyć i dzielić, a niektóre zyskują status niemalże "urban legend". Przeprowadzka do Szwecji "na czysto", czyli w sytuacji, gdy ktoś nie jest wysłany tu przez pracodawcę albo nie przyjeżdża "na gotowe" do rodziny, jest bardzo trudnym, ale nie niemożliwym, przedsięwzięciem. Należy wyposażyć się w ogromne pokłady wytrwałości, konsekwencji i... pokory. Dostosowanie się do szwedzkiego systemu, niezależnie od tego, co myślimy o poszczególnych jego elementach, jest kluczem do sukcesu i stabilnego życia. Nauka języka Czy szwedzki jest potrzebny do życia w Szwecji? I tak, i nie. Na początkowym etapie można poradzić sobie ze wszystkim, posiadając tylko dobrą znajomość języka angielskiego. Po angielsku można załatwić sprawy urzędowe (przynajmniej w dużej części), nie powinno być też problemu z załatwieniem sobie mieszkania. Schody zaczynają się później. Jeśli chodzi o pracę, to w dużych miastach są oczywiście korporacje, w których wystarczy znajomość angielskiego, gdyż jest to pierwszy język w wielu międzynarodowych molochach, ale w każdym innym miejscu, bez znajomości szwedzkiego jest się kandydatem rezerwowym, nawet jeśli ma się większe kompetencje niż konkurenci. W codziennym życiu nieznajomość szwedzkiego zaczyna utrudniać funkcjonowanie bardzo szybko - dociera do nas, że stajemy się ofiarami nieoczywistej, ukrytej, bardzo dyplomatycznej szwedzkiej dyskryminacji. Ponadto, nieznajomość szwedzkiego utrudnia kontakty prywatne ze Szwedami, którzy oczywiście znają angielski, ale jeśli będą mieli wybór, wybiorą rozmowę z osobą znającą szwedzki. Państwo szwedzkie zapewnia bezpłatną naukę języka wszystkim imigrantom. Haczyk jednak polega na tym, że do zdania egzaminów na kursach SFI (svenska för invandrare) potrzebny jest... szwedzki numer personalny. Rozpoczęcie SFI, według ogólnych przepisów, jest możliwe bez personnummer, jednak nie wszędzie jest to respektowane. W niektórych kommun (gminach) można uczęszczać na SFI w takiej sytuacji przez trzy miesiące - do pierwszych egzaminów. Jeśli nie zdecydujemy się na SFI, pozostaje nam nauka języka we własnym zakresie. Mieszkanie W chwili, gdy pomyśli się o przeprowadzce do Szwecji, jeszcze przed ustaleniem jej daty, należy zacząć szukać mieszkania. Takie poszukiwania niestety wyglądają zupełnie inaczej niż w Polsce. Tutaj, ze względu na panujący od wielu lat kryzys mieszkaniowy, to rentierzy, spółdzielnie i deweloperzy są górą, gdyż mieszkań zwyczajnie jest w Szwecji zbyt mało. Opcje, jakie mamy w temacie znalezienia własnego kąta to: Kupno mieszkania Jeśli tylko ma się na to pieniądze, to najlepsza opcja. Wartość nieruchomości w Szwecji obecnie rośnie, więc generalnie zakup mieszkania, zwłaszcza w stanie deweloperskim, to dobra inwestycja. Trzeba jednak pamiętać, że to w końcu Szwecja, więc nie można tak po prostu kupić sobie takiego mieszkania, jakie się chce, nawet jeśli ma się na nie pieniądze - w wielu miejscach, zwłaszcza istniejących już "komunach sąsiedzkich", kandydatura do zakupu mieszkania, nawet jeśli została zaakceptowana przez obecnego właściciela mieszkania, musi spotkać się z akceptacją potencjalnych sąsiadów. Należy więc przygotować się na mimowolne uczestnictwo w castingu, gdzie kwestiami przesądzającymi o akceptacji mogą być takie rzeczy, jak wykształcenie kandydata, rodzaj pracy, posiadana rodzina, tryb życia czy... maniery. Bardzo często zakup wolnostojącego domu jest nie tylko prostszy do zrealizowania, ale i... tańszy, więc warto rozważyć taką opcję. Najem od spółdzielni To bardzo szwedzka rzecz! Jeśli już najmuje się lokal mieszkalny, to najlepiej jest go nająć od spółdzielni, która podlega pod obowiązujące w Szwecji prawo. Takie rozwiązanie gwarantuje nam stałość umowy oraz stabilność podwyżek czynszu (są one regulowane odgórnie przez państwo). Niestety, taki rodzaj najmu to rzecz niemalże niewykonalna dla osoby przyjezdnej. Dlaczego? Wyobraźcie sobie, że Szwedzi stoją w kolejkach do mieszkań i mało tego - zbierają za to punkty! Im dłużej się stoi, tym więcej punktów się ma. Przykładowo, w Malmö kilka spółdzielni połączyło się w "konsorcjum kolejkowe", do którego jest jedna kolejka, a "stanie" w niej kosztuje 350 koron rocznie. Obecnie w tej kolejce czeka już prawie... 100 tysięcy osób, a MINIMALNY czas oczekiwania na mieszkanie to 6 lat (oficjalnie, czyli to raczej nieprawda). Dobra wiadomość, jest taka, że są również spółdzielnie, w których kolejki nie obowiązują, jednak w takim przypadku należy przygotować się na bardzo rygorystyczny casting. Zwykle kryteria, które obowiązują w spółdzielniach to: brak długów i problemów finansowych w historii, niekaralność, brak częstych zmian miejsca zamieszkania w historii oraz pensja przekraczająca co najmniej trzy razy kwotę czynszu. Jak widać - do najmu mieszkania tą drogą należy mieć w Szwecji historię, dlatego jest to opcja nieosiągalna dla "świeżaków". Najem od "prywaciarza" Czyli najem mieszkania od właściciela, ale niekoniecznie, bo w Szwecji zdarza się najem z drugiej, a nawet trzeciej ręki. Jest to rozwiązanie, które powinno być osiągalne dla świeżo przyjezdnych, ale jest dość ryzykowne, zwłaszcza w dużych miastach. Taka umowa najmu jest mocno niestabilna, a więc grożą nam nieregulowane podwyżki czynszu oraz wypowiedzenie umowy w każdej chwili - niektórzy nazywają to "życiem na walizkach", a sztokholmscy rekordziści przeprowadzają się nawet kilkanaście razy w ciągu roku! Należy również pamiętać o tym, że właściciel mieszkania często zobowiązany jest przedłożyć kandydaturę najemców pod rozpatrzenie przez sąsiadów i niekiedy możemy spotkać się dziwnymi obostrzeniami w umowie, na przykład zakazem nocowania osób trzecich. Jak znaleźć mieszkanie u "prywaciarza"? Zupełnie odwrotnie niż w Polsce - pozwól, aby właściciel mieszkania znalazł Ciebie! Brzmi dziwacznie, ale ze względu na realia rynku, w Szwecji to nie właściciele lokali na wynajem muszą się reklamować, ale właśnie kandydaci do najmu. Najwięcej ogłoszeń obu stron znajduje się na blocket.se oraz na Facebooku. Gdy masz już adres... ...jesteś w domu! No, przynajmniej jedną nogą. Posiadanie adresu w Szwecji otwiera bardzo wiele drzwi: możesz podpisać chociażby umowę o pracę i masz adres korespondencyjny. Obowiązek meldunkowy w Szwecji jest bardzo żywy i surowo przestrzegany. Jest jeszcze jeden plus posiadania adresu w Szwecji i jest to szczególnie istotne dla rodziców - można wtedy zapisać swoje dziecko do szkoły czy przedszkola. Według szwedzkiego prawa KAŻDE dziecko mieszkające w Szwecji ma prawo do edukacji i nie jest potrzebny do tego numer personalny. W celu zapisania dziecka do przedszkola/szkoły, należy złożyć wniosek w "kommun" (gminie lub mieście), w którym dziecko ma adres zamieszkania. Dzieciom, które nie mają numeru personalnego, kommun nadaje numery wewnętrzne, jednak nie mają one mocy stałego numeru. Czas oczekiwania na przydział do szkoły i przedszkola to nawet kilka miesięcy, więc należy wziąć to pod uwagę przy planowaniu przeprowadzki. Praca Najlepiej jednocześnie podczas poszukiwań mieszkania, rozpocząć poszukiwanie pracy. Jasne, że jest to trudne do skoordynowania, ale "wyjdzie w praniu" to w tej kwestii najlepsze podejście, które gorąco polecam. Poszukiwanie pracy w Szwecji to ogromny temat na osobny post, gdyż również wygląda to dosyć specyficznie. Nie dość, że Szwedzi mają tendencję do nieodpowiadania na maile, to jeszcze jako Polacy padamy przy tym wszystkim ofiarą ukrytej szwedzkiej ksenofobii. Nie ma jednego dobrego sposobu na znalezienie pracy, gdyż zależy to w ogromnej mierze od naszej branży i... ambicji. A zapewniam Was, że im dłużej się szuka, tym bardziej ambicje się obniżają. Ale dawka pokory jest tutaj wskazana, gdyż praca poniżej kompetencji to całkiem niezły pomysł na start w Szwecji. Dlaczego? Ma to bezpośredni związek z... Personnummer ...czyli numer personalny, to przepustka do szwedzkiego systemu. Tym razem skupmy się jednak na tym, jak go otrzymać. Otóż najprostsza droga ku temu, to... Stała praca. Umowa o pracę powinna być zawarta na co najmniej rok, a godzin pracy w tygodniu musi być na tyle dużo, by uniemożliwiało to zamieszkanie w innym państwie (bo musimy udowodnić, że mamy zamiar mieszkać w Szwecji co najmniej rok). Taka standardowa szwedzka umowa z 6-miesięcznym okresem próbnym, którego upłynięcie automatycznie przeradza naszą umowę próbną w umowę stałą, też jest akceptowana. To sposób, który działa niemalże w 100%, dlatego jeżeli nie możecie znaleźć swojej wymarzonej pracy, to naprawdę warto rozważyć zatrudnienie w... mniej wymarzonej pracy, ale na odpowiedniej umowie. Drugi w miarę pewny sposób na otrzymanie personnummer to studia, ale musi być to program co najmniej 2-letni. Wniosek o numer możemy złożyć dopiero po rozpoczęciu studiowania, należy też udowodnić, że ma się gdzie mieszkać oraz podpisać oświadczenie o tym, że posiada się środki na utrzymanie w czasie studiów. Innymi opcjami, ale już mniej skutecznymi i wymagającymi ciągnącego się postępowania dowodowego, są: założenie działalności lub spółki z siedzibą w Szwecji (co też nie jest prostą sprawą bez numeru), posiadanie dostatecznej ilości pieniędzy na utrzymanie się przez co najmniej rok w Szwecji (odpowiednik mniej więcej 100 tysięcy złotych) lub udowodnienie, że jesteśmy utrzymywani przez osobę trzecią. Nie słyszałam jednak, aby komuś udało się ostatnio otrzymać numer personalny na podstawie posiadanego majątku, więc jeśli się to zdarza, to raczej rzadko. UWAGA: Restrykcje oraz podejście urzędów do wydawania personnummer, zmieniło się znacząco w ciągu ostatnich dwóch lat. Obecnie otrzymanie numeru personalnego jest zdecydowanie trudniejsze, niż jeszcze kilka lat temu. Uważajcie więc na opowieści osób, które otrzymały swoje numery kilka lat temu i dawniej - ich doświadczenia są zwykle niewspółmierne z obecnymi realiami. Kolejną istotną rzeczą jest to, że nie ma już możliwości otrzymania numeru od Skatteverket drogą "na sambo" - fakt posiadania partnera czy nawet współmałżonka ze szwedzkim obywatelstwem nie uprawnia do otrzymania personnummer, jeśli nie mieszkało się wcześniej razem za granicą. Jeśli chce się uzyskać numer, opierając się wyłącznie na fakcie posiadania szwedzkiego partnera, należy zgłosić się do szwedzkiego urzędu migracyjnego (Migrationsverket). Trzeba jednak liczyć się z horrendalnie długim czasem oczekiwania na decyzję urzędu - postępowanie na pewno będzie trwało znacznie więcej niż rok, gdyż urząd ten odkłada sprawy mniej pilne od spraw uchodźców czy azylantów na sam koniec kolejki. Tutaj możecie sprawdzić czasy oczekiwania w Migrationsverket. Samordningsnummer Numer koordynacyjny, porządkowy, który jest numerem tymczasowym, można otrzymać, jeśli nie spełnia się kryteriów do otrzymania numeru personalnego, ale ma się w Szwecji sprawy, z których trzeba rozliczyć się z państwem - praca tymczasowa, zlecenia, dzieła, kupno czy sprzedaż ruchomości i nieruchomości w Szwecji. O taki numer należy wystąpić samemu do Skatteverket i podać podstawę do jego nadania. W przypadku, gdy ktoś chce mieć w Szwecji status osoby poszukującej pracy, należy zarejestrować się w szwedzkim Urzędzie Pracy (Arbetsförmedlingen), a urząd powinien sam wystąpić o taki numer dla zainteresowanego. Samordningsnummer nie ma "mocy" numeru personalnego i, o ile nie przedłużymy jego obowiązywania, wygasa po roku od jego nadania. Wytrwałości! Szwedzki "systemet" jest dosyć bezlitosny, ale sprawiedliwie bezlitosny. Niektóre zasady tu obowiązujące mogą być zupełnie nielogiczne, a czasem nawet szokujące dla przybyszów z Południa. Jeśli jednak wejdzie się w system i działa się zgodnie z zasadami, a przede wszystkim w odpowiedniej kolejności, Szwecja daje szansę na całkiem przyjemne, godne życie. Druga bardzo cenna rada ode mnie: nie bójcie się pytać i prosić o pomoc. Obsługa w szwedzkich urzędach jest bardzo miła i uczynna. Z odrobiną śmiałości i uporu, zdobędziecie wszystkie potrzebne informacje. Informacje Skatteverket o przeprowadzce do Szwecji (po angielsku) Arbetsförmedlingen - szwedzki Urząd Pracy Verksamt.se - szwedzki portal dla przedsiębiorców Blocket.se - największa szwedzka tablica ogłoszeń Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz, ale na moich zasadach. -- Szwecja Ogrom rzeczy, które trzeba ogarnąć przy procesie przeprowadzki niestety nie pozwala na szczegółowe opisanie go w jednym poście. Wiem, że wiele osób szuka takich informacji, wiec postów z tej serii będzie na pewno więcej. Staram się podawać informacje istotne w przystępny sposób, ale bądźcie uważni - nie dość, że każdy przypadek jest inny, to przepisy się zmieniają, więc wszystko zawsze sprawdzajcie na własną rękę! Życzę Wam, aby marzenia stały się celami oraz trzymam kciuki za Waszą wytrwałość i konsekwencję w dążeniu do tych celów! Anka Zobacz również: Praca w Szwecji - Poradnik dla Szukających

poFIKAsz?

Midsommar, czyli szwedzkie powitanie wakacji

Midsommar dla wielu Szwedów oznacza początek długo wyczekiwanych wakacji. Jest świętem ruchomym, które obchodzi się zawsze w piątek między 19 a 25 czerwca. Czym dokładnie jest Midsommar i skąd wzięły się zwyczaje związane z tymContinue reading

Artykuł Midsommar, czyli szwedzkie powitanie wakacji pochodzi z serwisu poFIKAsz?.

Nowa w Szwecji

Praca w Szwecji - Poradnik dla Szukających

Nowy kraj - nowe możliwości. To prawda. O ile niektórym znalezienie pracy w Szwecji przychodzi bezczelnie łatwo, o tyle inni miesiącami, a czasem latami poszukują zatrudnienia. Z czego to wynika? Warto sprawdzić jakie są najczęściej popełnianie błędy i jak w Szwecji szukać pracy, aby ją znaleźć. Oto krótki przewodnik dla wszystkich poszukujących. Zacznijmy od podstaw: rynek pracy na terenie Unii Europejskiej jest otwarty, a to oznacza, że obywatele UE nie potrzebują żadnych zezwoleń na legalną pracę w Szwecji. Umowę o pracę można podpisać z pracodawcą od ręki. Fakt ten należy jednak zgłosić do Urzędu Podatkowego (Skatteverket), który nada wtedy pracownikowi tymczasowy numer identyfikacji podatkowej (samordningsnummer). Specjaliści poszukiwani Jeśli jesteś specjalistą w jakiejś dziedzinie i dobrze znasz język angielski, to prawdopodobnie pracę znajdziesz dość szybko. Jeśli dodatkowo znasz szwedzki, a Twoje umiejętności są uniwersalne albo dostosowane do szwedzkich wymogów, to Twoje szanse wzrastają jeszcze bardziej. Szwecja potrzebuje specjalistów - inżynierzy, konstruktorzy, budowlańcy (operatorzy maszyn budowlanych, murarze, spawacze, betoniarze, cieśle, malarze, zbrojarze, asfalciarze, ślusarze), elektrycy, architekci oraz specjaliści od IT to w tej chwili top poszukiwanych pracowników. Duży popyt jest też na pracowników ochrony zdrowia, lekarzy specjalistów czy pielęgniarzy. Są to zawody, w których przydatna, a czasem konieczna jest znajomość języka szwedzkiego, szwedzkich standardów, dodatkowa nauka czy nostryfikacja dyplomów, więc w przeciwieństwie do pozostałych powyższych, trudniej dostać taką pracę od ręki. Ze względu jednak na pogłębiające się braki w personelu medycznym, jest to coraz łatwiejsze. Dość duży jest również popyt na niewykwalifikowany personel - osoby sprzątające czy pomocników do prac fizycznych: przy budowach, w magazynach etc. W najgorszej sytuacji są niestety osoby po zagranicznych studiach humanistycznych, które nie mają konkretnej specjalizacji, a nie chcą wykonywać pracy poniżej swoich kwalifikacji - dla takich osób optymalnym wyjściem jest na przykład założenie własnej działalności gospodarczej lub rozpoczęcie specjalistycznych studiów na szwedzkiej uczelni. Praca fizyczna, praca umysłowa "Idź pracować jako sprzątaczka, tak jak inne Polki" - to autentyczny tekst urzędniczki do pewnej dziewczyny, która starała się o szwedzki personnummer (szwedzki PESEL). Jest w tym dużo prawdy - trudno mówić o statystykach, ale naprawdę ogromna część Polek pracuje w Szwecji jako sprzątaczki, mężczyźni zaś najczęściej wykonują prace remontowo-budowlane. Trudno jest to oceniać w jakikolwiek sposób, niemniej należy pamiętać o jednym: legalna praca w Szwecji u uczciwego pracodawcy, jakakolwiek by nie była, po prostu opłaca się pod względem finansowym. W Szwecji nie ma dużego rozstrzału w wysokości wynagrodzeń i pełnoetatowa sprzątaczka jest w stanie bez problemu utrzymać się w tym kraju ze swojej pensji. Jeśli nie możecie znaleźć wymarzonej pracy w swoim zawodzie, naprawdę warto na początek pomyśleć o prostej, fizycznej pracy, która pozwoli zarobić pieniądze, zdobyć doświadczenie w szwedzkich realiach, a przede wszystkim - wejść na szwedzki rynek pracy. W dużych miastach jest łatwiej Trzy największe szwedzkie miasta to Sztokholm, Göteborg i Malmö. Oczywistym jest, że duże miasta mają większy rynek pracy, a więc teoretycznie ofert pracy również jest więcej, są one bardziej zróżnicowane i pracę można znaleźć w nich szybciej. W dużych miastach są też siedziby międzynarodowych firm, w których językiem korporacyjnym jest angielski, a więc jest to dobra opcja dla osób nieznających języka szwedzkiego. Istnieją firmy, w których znajomość szwedzkiego zupełnie nie ma znaczenia, należy jednak pamiętać, że w większości firm, nawet jeśli do pracy wymagana jest wyłącznie znajomość angielskiego, znajomość szwedzkiego jest mile widziana i zdecydowanie ułatwia funkcjonowanie w pracy. Szwedzki się przydaje O ile szwedzki może faktycznie nie przydawać się w pracy, to jednak jest on zdecydowanie przydatny w kontekście społecznym. W większości dużych firm język angielski jest oczywistością i o ile oficjalne zebrania czy dokumentacja mogą być prowadzone po angielsku, o tyle praca wśród Szwedów bez chociażby podstawowej znajomości szwedzkiego, może być uciążliwa. Szwedzi doskonale znają angielski, niemniej generalnie, jeśli mają do wyboru towarzyską rozmowę po angielsku i po szwedzku, to oczywistością jest, że chętniej będą rozmawiać po szwedzku. Wiele osób skarży się, że pomimo tego, że korporacyjnym językiem w ich pracy jest angielski, czują się wykluczone społecznie w środowisku współpracowników, nie znając szwedzkiego. Zupełnie inaczej sprawa wygląda w małych miastach i miasteczkach oraz mniejszych firmach - tam najczęściej niestety wszystkie CV napisane po angielsku trafiają od razu do kosza, a do większości posad wymagana jest dobra znajomość szwedzkiego. Gdzie szukać Wykształceni specjaliści, menadżerzy i ludzie zainteresowani wyższymi stanowiskami w większych firmach oraz korporacjach, mogą w zasadzie ograniczyć się do poszukiwania pracy na LinkedIn. Platforma ta pozwala na bardzo szczegółowe wyszukiwanie ofert pracy zgodnych z umiejętnościami, wykształceniem i preferencjami. Należy jednak zadbać o swój linkedinowy profil, który powinien być w języku angielskim, a najlepiej w dwóch wersjach językowych: angielskiej i szwedzkiej. Drugą i najpopularniejszą w Szwecji platformą do szukania pracy jest portal szwedzkiego Urzędu Pracy, Arbetsförmedlingen. Znajdziecie tam pełny wachlarz ofert pracy - od prac fizycznych niewymagających doświadczenia i wykształcenia, aż po mocno specyfikowane oferty, które pojawiają się też na LinkedIn. Należy jednak mieć na uwadze, że część ofert pracy, które pojawiają się na stronach Arbetsförmedlingen, wisi na nich wyłącznie dlatego, że... musi. Są to sytuacje, w których pracodawca z różnych względów ma prawny obowiązek opublikować ofertę pracy, mimo tego, że stanowisko jest już nieoficjalnie obsadzone. Pracę można znaleźć również na... Facebooku. Oferuje on narzędzia do zamieszczania ofert pracy i znajdziecie tam całą masę grup stworzonych do łączenia potencjalnych pracowników z pracodawcami. Podpytajcie osoby z Waszego miasta lub regionu czy znają jakieś grupy do poszukiwań pracy lub wyszukajcie je sami. Inne portale ze szwedzkimi ofertami pracy: BlocketJobb, Jobbsafari, Metrojobb, Indeed, Monster, CareerBuilder, Manpower, Academic Work. Pracy w Szwecji można szukać również na polskich portalach, np. polonia.info, pracujwunii.pl, jobs.pl, a także u sprawdzonych pośredników typu hotista.pl. Na niesprawdzonych pośredników należy jednak bardzo uważać - o tym niżej. Jak szukać "Czy te oferty są w ogóle prawdziwe?" - takie pytanie dostałam od osoby poszukującej pracy w Szwecji. Wysłała ona poprzez e-mail dziesiątki aplikacji do ofert pracy zamieszczonych na powyższych portalach i, nie dostawszy ani jednej odpowiedzi, zaczęła podejrzewać, że coś tu jest nie tak. Niestety, wszystko jest w jak najlepszym szwedzkim porządku - po prostu nie należy spodziewać się odpowiedzi od szwedzkich firm na wysłane aplikacje. O ile ktoś nie ma zamiaru zaprosić Was na rozmowę kwalifikacyjną, raczej nie odezwie się do Was, nawet z kurtuazyjnym "Dziękujemy, ale nie". Mało tego - nawet w przypadku uczestnictwa w interview, nie liczcie na zbyt wiele. Jeśli dostaniecie tę pracę, to telefon zadzwoni bardzo szybko, jeżeli zaś odpadniecie z procesu rekrutacji po rozmowie, możecie liczyć wyłącznie na krótkiego maila i to zwykle wtedy, kiedy już w ogóle zapomnieliście, że byliście w tej firmie na rozmowie. Nie raz słyszałam z pierwszej ręki opowieści stażystów w działach rekrutacji, którym kazano z góry odrzucać aplikacje osób niespełniających konkretnych wymagań, np. skończenia konkretnej szkoły, bycia w określonym wieku, czy nawet... konkretnego pochodzenia. Musicie więc liczyć się z tym, że Wasze bogate CV i wartościowe listy motywacyjne w niektórych firmach trafiają do przysłowiowego kosza tylko dlatego, że Wasze nazwisko nie kończy się na "sson". Jest na to jednak pewien sposób - dać się poznać, nie być anonimowym, wyróżnić się z tłumu. Tak więc obowiązkowym elementem każdej złożonej aplikacji powinien być... wykonany telefon do firmy, do której właśnie wysłaliście CV. Wiem, że trudno jest się przełamać, ale to naprawdę działa. Dzwoniąc, musicie pokazać się od najlepszej strony, wykazać zainteresowanie posadą i dać rekruterom coś, co spowoduje, że zostaniecie zapamiętani, a Wasze CV wyląduje na biurku HR-owca. Networking Tak jak wszędzie, w Szwecji łatwiej jest zdobyć pracę, gdy ma się "znajomości". Polskie "plecy" jednak noszą oficjalnie dumną nazwę "networkingu" - jest to budowanie sieci kontaktów i wyłapywanie z niej tych powiązań, które mogą przysłużyć się rozwojowi naszej kariery. W Szwecji, w której środowiska są wyjątkowo hermetyczne, networking ma podwójną wartość. Działania networkingowe możemy rozpocząć już online przez nawiązywanie kontaktów na LinkedIn czy Facebooku. Warto wyszukiwać branżowe eventy, wkręcić się w środowisko startupowe w swoim mieście, chodzić na imprezy i prelekcje. Networking ma jeden ogromny plus - wystarczy zacząć, efekty przychodzą same! Interview i referencje Jeśli chodzi o rozmowy kwalifikacyjne, to ich zasady oraz przebieg są podobne do tych odbywanych w Polsce. Pamiętajcie o tym, że macie prawa takie jak wszyscy w Szwecji i nie pozwólcie, aby ktoś naginał reguły tylko dlatego, że jesteście obcokrajowcami (a to zdarza się dość często). Dajcie po sobie poznać, że znacie zasady i wiecie, co robicie. W naprawdę dużych firmach proces rekrutacji jest bardzo długi i składa się z kilku poziomów, m. in.: wstępne interview, różnego rodzaju testy, spotkania ze współpracownikami, badania krwi, a także to, co Szwedzi bardzo lubią: zbieranie referencji. Referencje to bardzo ważna rzecz dla szwedzkich pracodawców. To absolutny standard, że już w CV lub liście motywacyjnym wskazuje się osobę, z którą potencjalny pracodawca może skontaktować się telefonicznie, aby uzyskać referencje na temat potencjalnego pracownika. Zwykle taką "osobą od referencji" są koledzy z poprzedniej/aktualnej pracy. Jeśli mamy dobre kontakty z byłym szefem, może być to również on/ona, jednak w dużych firmach rzadko szefowie zgadzają się na bycie referensperson dla byłych/aktualnych pracowników, gdyż może być to pojmowane jako działanie na szkodę firmy. Tak więc przed złożeniem aplikacji, warto wcześniej porozmawiać z osobami, które miałyby być osobami kontaktowymi dla naszego potencjalnego pracodawcy i zamieścić ich dane w aplikacji. Nie daj się oszukać Podobnie jak w Polsce, również w Szwecji zdarzają się nieuczciwi pracodawcy, a więc przed przyjęciem pracy należy dokładnie sprawdzić z kim mamy do czynienia oraz przeanalizować warunki, jakie nam proponuje. W Szwecji prawie wszystkie informacje o osobach fizycznych i firmach są jawne, więc wiarygodność pracodawcy warto sprawdzić wyszukując go w jednej z wyszukiwarek, na przykład allabolag.se. Szwedzkie prawo pracy wyjątkowo skutecznie chroni pracowników, jednak należy pamiętać, że wyłącznie umowa o pracę (anställningsavtal albo arbetsavtal) gwarantuje nam stałość zatrudnienia, pensji, urlopu oraz innych korzyści wynikających ze stosunku pracy i należy pilnować, aby w umowie było to wyraźnie zaznaczone. W Szwecji nie ma pojęcia płacy minimalnej, a więc teoretycznie pracodawca ma prawo nas zatrudnić za 1 SEK/godzinę, jeśli wyrazimy na to zgodę. Skandynawskie kraje określiły jednak gwarantowany poziom dochodu dla każdego obywatela. Można tę kwotę utożsamiać z minimalnym zasiłkiem dla osób bezrobotnych, a więc jeśli ktoś oferuje nam pracę z pensją poniżej kwoty zasiłku, który byśmy dostawali jako bezrobotni, to raczej nie jest to dobra oferta pracy. Często pracownicy mniej wykwalifikowani czy sezonowi znajdują pracę poprzez pośredników - w takich sytuacjach należy być wyjątkowo czujnym, gdyż często pośrednicy okazują się nieuczciwi i wykorzystują niewiedzę kandydatów i ich nieznajomość szwedzkiego rynku pracy oraz prawa. Wiadomo, że szwedzkie zarobki, nawet jeśli niskie, są i tak kuszące, jednak oferty pracy za mniej niż 120 SEK brutto na godzinę to zwyczajne naciągactwo (to kwota, jaką zarabia początkująca sprzątaczka w kiepskiej szwedzkiej firmie). Warto też pamiętać o podatku dochodowym, który w Szwecji naprawdę robi różnicę - to aż 32% wypłaty. Łatwo policzyć, że 120 SEK brutto to tak naprawdę niecałe 82 SEK netto (na rękę). Związki zawodowe Związki zawodowe (fackföreningar, w skrócie facket) to temat bardzo żywy w Szwecji i jeśli pracujemy w jakimś konkretnym zawodzie, to warto znaleźć odpowiedni związek zawodowy i wstąpić w jego szeregi. Za niewielką opłatą zyskujemy wsparcie w ewentualnych sporach z pracodawcą, niektóre związki oferują również dopłaty do zasiłku w przypadku utraty pracy. Jeśli chodzi o pracodawców, to naprawdę warto znaleźć zatrudnienie u takiego, który ma podpisaną umowę kolektywną (kollektivavtal) ze związkami zawodowymi. Umowa ta gwarantuje pracownikom stałość pensji, urlopów oraz w ogóle zatrudnienia, a także najwyższą ochronę w przypadku nagięcia warunków umowy przez pracodawcę. Jeśli potencjalny pracodawca ma podpisaną kollektivavtal, to na pewno trzeba umieścić go na samym szczycie swojej listy. Więcej o związkach zawodowych dowiecie się na przykład ze strony fackforbund.com. Wypłaty Wypłaty zwykle wpływają na konto pracownika w 25. dniu każdego miesiąca. Należy uważać na zapisy w umowie, gdyż najczęściej jest to pensja za poprzedni miesiąc kalendarzowy. Czyli na przykład, jeśli zaczynamy pracę 2 stycznia 2019 roku, to pierwszą wypłatę (tę za styczeń) dostaniemy dopiero 25 lutego 2019 roku. Szwedzkie firmy nie wypłacają wynagrodzeń w gotówce. W przypadku osób, które nie mają konta w szwedzkim banku, najpopularniejszą opcją jest wypłata w formie... czeku, który możemy zrealizować w banku. Niektórzy pracodawcy dopuszczają też wypłacanie pensji na konto innej osoby, o ile wyrazimy taką prośbę albo zgodę na piśmie. Wiem jednak z doświadczenia, że realizacja czeku nie jest prostą sprawą, więc jak tylko zdobędziemy umowę o pracę, lepiej od razu wybrać się z nią do banku i założyć konto. Każdy obywatel Unii Europejskiej może założyć konto w szwedzkim banku na podstawie prawa o depozycie bankowym (lag (1995:1571) om insättningsgaranti 11§d). Na koniec najbardziej interesująca kwestia! Ile będę zarabiać? Według oficjalnych statystyk SCB (Statistiska centralbyrån, czyli Szwedzkie Biuro Statystyczne), średnia pensja w 2017 roku to 33 700 SEK brutto. Najpopularniejsza stopa podatku dochodowego w Szwecji to 32%, a więc przy średniej pensji dostaje się 22 916 SEK netto miesięcznie. Po przeliczeniu to około 9 120 PLN na rękę. Ale przeliczać nie należy, gdyż koszty życia w Szwecji są nieco wyższe niż w Polsce (zasadniczo jednak, nie o tyle wyższe, co wypłaty). W Szwecji nie ma też tak dużego rozstrzału w wysokościach pensji, a dodając do tego obowiązujący minimalny dochód, również sprzątaczka czy magazynier mają pensję, która pozwala na swobodne związanie końca z końcem co miesiąc, a nawet zaoszczędzenie pieniędzy na wakacje. Orientacyjne średnie pensje (SEK brutto/miesiąc): Szefowie wyższego szczebla w finansach - 124k Lekarze specjaliści - 78k Szefowie wyższego szczebla w IT - 66k Adwokaci - 51k Backend/frontend deweloperzy - 40k Inżynierzy - 30k - 40k Elektrycy - 25k Stolarze - 24k Kasjerzy - 23k Sprzątający - 23k Kelnerzy - 21k Więcej oficjalnych statystyk na temat średnich pensji w Szwecji znajdziecie tutaj: SCB Medellöner i Sverige Lönestatistik.se Planujesz pracować w Szwecji? Zerknij tutaj: Przeprowadzka Do Szwecji - Od Czego Zacząć?

Norwegolożka

Nie ucz się norweskiego z bajek dla dzieci

Dlaczego nie warto uczyć się norweskiego z materiałów dla dzieci?

SKANDIS

Tkaniny z Överhogdal – Ragnarök, motywy z sag, a może biblijna apokalipsa z runicznym dodatkiem?

O tkaninach z Bayeux, przestawiających na niemal 70 metrach sceny podboju Anglii przez Wilhelma Zdobywcę słyszał chyba każdy. W Skandynawii zachowały się może mniej spektakularne, ale równie ciekawe wytwory dawnego rękodzieła. W dzisiejszym wpisie chciałam Wam przybliżyć pięć tkanin odnalezionych w kościele Överhogdal w Härjedalen w regionie Jämtland.  Tereny te do 1645 roku należały do... Czytaj dalej →

Gazela w Laponii

Światowy Dzień Środowiska- 3 RADY!

poFIKAsz?

Brzmią podobnie a znaczą coś innego – szwedzkie homofony

Brzmią podobnie a czasem identycznie, ale znaczą coś zupełnie innego. Szwedzkie homofony to częsta pułapka początkujących. Poznaj podobnie brzmiące słówka szwedzkie! Szwedzkie homofony, czy też słówka do siebie podobne, sprawiają sporo kłopotów. Jest wiele szwedzkichContinue reading

Artykuł Brzmią podobnie a znaczą coś innego – szwedzkie homofony pochodzi z serwisu poFIKAsz?.

poFIKAsz?

Święto Narodowe Szwecji. Sveriges nationaldag.

6 czerwca to Sveriges nationaldag, czyli Święto Narodowe Szwecji. Dla Szwedów jest odpowiednikiem naszego Dnia Niepodległości. Niegdyś 6 czerwca nazywany był Dniem Flagi (svenska flaggans dag). Świętuje się wówczas dwa historyczne wydarzenia: wybór Gustawa WazyContinue reading

Artykuł Święto Narodowe Szwecji. Sveriges nationaldag. pochodzi z serwisu poFIKAsz?.

Nowa w Szwecji

Karlskrona - Szwecja w pigułce

Karlskrona, Karlshamn, Karlstad, Kristianstad - też Wam się trochę myli? Karlskrona (wym. "karlskruna"!) to miasto na południowym brzegu regionu Blekinge, położone na 33 wyspach. Zostało założone w 1680 roku, gdy przeniesiono tam siedzibę Szwedzkiej Królewskiej Marynarki. Jego nazwa to połączenie imienia ówczesnego króla, Karola XI oraz szwedzkiego słowa krona, czyli "korona". "Korona Karola" - teraz lepiej? ;) Główna z wysp miasta to Trossö - tam położone jest centrum. Inne popularne i zamieszkałe wysepki to Saltö, Sturkö, Hästö, Långö i Aspö. Skąd te nazwy? En ö to po szwedzku "wyspa", zaś wszystko przed literką ö to rzecz, która w jakiś sposób charakteryzuje wyspę, na przykład tross to cuma, häst to koń, lång to długi, a asp to rodzaj karpia. Inne dzielnice miasta mają nazwy zakończone na holmen (np. Ekholmen, Pottholmen, Lindholmen). Holmen to po szwedzku "wysepka", czyli mamy kolejno wysepkę dębową (ek), garnkową (pott) czy lipową (lind). Malutka wysepka Stumholmen, położona na wschód od centrum, była dawniej własnością Marynarki Wojennej, a teraz znajduje się tam Muzeum Marynarki Wojennej - Marinmuseum. Jest to obowiązkowe miejsce do zwiedzenia podczas wizyty w Karlskronie. Muzeum zostało otwarte w 1997 roku. Jedną z jego największych atrakcji jest tunel biegnący pod wodą, do którego schodzi się krętymi schodami. Przez szyby osadzone w ścianach tunelu można z bliska podziwiać wrak żaglowca leżącego na dnie morza od ponad 300 lat. Mi osobiście najbardziej podobała się wycieczka po wnętrzu ogromnej łodzi podwodnej HSwMS Neptun. Ciemnie otoczenie niemalże 50-metrowej łodzi robi podobne wrażenie autentyczności, jak malutkie kajuty w środku czy skomplikowane wnętrzności starej maszynowni. Marinmuseum to nie lada gratka dla wszystkich, niezależnie od wieku i zainteresowań - dobrze bawić będą się nawet najmłodsi. Samo centrum Karlskrony nie rzuca na kolana - jest tam kilka naprawdę ładnych kościołów i urokliwy plac na wzniesieniu. Uroku miastu zdecydowanie dodaje ukształtowanie terenu - Karlskrona jest dość górzysta i podejścia mogą być naprawdę strome, więc spacer po mieście jest naprawdę wymagający. Zdecydowanie warto skupić się na wybrzeżu, gdyż Karlskrona oferuje nam przepiękne morskie krajobrazy, z wyspami o kamienistych wybrzeżach, osadzonymi wśród niebieskich wód Bałtyku. Na zachód od starego miasta jest druga główna atrakcja turystyczna Karlskrony - Björkholmen, czyli brzozowa wysepka. Ta dzielnica to jedno z najbardziej "instagramowych" miejsc Szwecji! Urocze, drewniane, niezwykle kolorowe domki ciągną się szeregami wzdłuż krótkich uliczek. To idealne miejsce dla osób, które nie mają czasu na dłuższe zwiedzanie kraju - Björkholmen to Szwecja w pigułce i to naprawdę w dużej dawce! Karlskrona leży tuż przy autostradzie E22 z Kalmaru do Malmö i dojazd do miasta jest bardzo przyjemny, a co ważniejsze, widowiskowy. Niestety, w pobliżu nie ma żadnego dużego lotniska - najbliższą opcją jest lotnisko Malmö Sturup, jednak w tym przypadku musimy liczyć się z co najmniej 2,5-godzinną podróżą autem do Karlskrony albo prawie 3-godzinną podróżą pociągiem z Malmö. Do Karlskrony można jednak dotrzeć drogą morską, i to prosto z Gdyni, dzięki Stena Line. Szczególnie wygodna wydaje się tu opcja nocnej podróży luksusowym statkiem Stena Spirit, który płynie 10 godzin. O 7:30 rano można rozpocząć szwedzkie zwiedzanie! Sama Karlskrona, ze względu na ukształtowanie terenu, jest miastem dość wymagającym jeśli chodzi o piesze i rowerowe wycieczki. Brakuje też w niej ścieżek rowerowych (chociaż pewnie jestem po prostu rozpieszczona przez rzeczywistość w rowerowym mieście Malmö). Wszystko to jednak nie ma znaczenia, kiedy zobaczymy przepiękne, typowo szwedzkie krajobrazy. Jeśli więc brakuje Wam Szwecji, lub chcielibyście poznać skandynawskie smaczki, Karlskrona będzie idealnym miejscem na krótki wypad.