Nordycka Planeta

Polskie blogi o Północy w jednym miejscu

Naszym celem jest zebranie w jednym miejscu najnowszych wpisów z blogów poświęconych szeroko rozumianej tematyce nordyckiej.

Szwecjoblog - blog o Szwecji

Jak NIE uczyć się języka szwedzkiego

Jak uczyć się języka szwedzkiego? Gdyby dało się znaleźć na to jedną, uniwersalną odpowiedź dla wszystkich, już dawno pewnie osiągnęlibyście poziom C2, co według Europejskiego Systemu Opisu Kształcenia Językowego oznaczałoby, że moglibyście "z łatwością rozumieć praktycznie wszystko, co słyszycie lub czytacie" oraz "potrafilibyście wyrażać swoje myśli bardzo płynnie, spontanicznie i precyzyjnie, subtelnie różnicując odcienie znaczeniowe nawet w bardziej złożonych wypowiedziach". Dlatego też, trochę przewrotnie, postanowiłam raczej zebrać kilka moim zdaniem najważniejszych porad, jak NIE uczyć się języka szwedzkiego (czy też innego języka). To lista bardzo subiektywna, oparta o moje doświadczenia z uczeniem się języków i nauczania języka szwedzkiego. Pisząc o "uczeniu się języka szwedzkiego" w tym poście chodzi mi o taką naukę, która ma umożliwić czynne używanie języka, porozumiewanie się w języku z innymi ludźmi (a więc porady nie będą dotyczyć pasjonatów języków, którzy za kolejne języki obce zabierają się dla samego pogłębienia swojej lingwistycznej wiedzy). Porady te kieruję do osób rozpoczynających swoją naukę albo chcących rozpocząć naukę - ci, którzy swój język raczej rozwijają, a nie uczą się go od początku, są bardziej samodzielni i wiele z tych rzeczy już wiedzą lub potrafią sami zweryfikować skuteczność i przydatność opisywanych poniżej materiałów do nauki lub sposobów uczenia się.




⛔ samemu 

Domyślam się, że niektórzy z Was już w pierwszym punkcie nie będą chcieli się ze mną zgodzić. Ale już wyjaśniam dokładniej, co mam na myśli. 

Zdaję sobie sprawę, że zaledwie dekadę temu, kiedy sama zaczynałam uczyć się szwedzkiego, rzeczywistość była trochę inna: nie korzystało się z aplikacji mobilnych takich jak Memrise czy Duolingo, nie było też influencerów, opowiadających o języku czy życiu w innym kraju. Wybór dostępnych po polsku materiałów do samodzielnej nauki też nie powalał - zaczynałam od Trolla, dwutomowego słownika i samouczka z Wiedzy Powszechnej.

Choć teraz materiałów do nauki na własną rękę jest naprawdę sporo, wiele z nich nie stanowi jednak kompletnych kursów. W mediach społecznościowych często autorzy profili skupiają się na pojedynczych słówkach czy zwrotach, ale tego, co najbardziej brakuje, to trening wymowy i materiały do słuchania (o tym jeszcze będę pisać w kolejnym punkcie). Brakuje jednak przede wszystkim i osoby, która weryfikowałaby produkowane przez Was wypowiedzi ustne i pisemne, i możliwości komunikacji z drugim człowiekiem, która jest szalenie ważna, skoro uczymy się właśnie po to, żeby się komunikować. Dla porównania: gdybyście mieli się nauczyć dobrze gotować, pewnie nie wystarczyłoby oglądanie pokazowych filmików i czytanie przepisów, ale musielibyście też sami wziąć się za mieszanie, stanie przy kuchni i smakowanie potraw. Z językiem jest podobnie. Żeby nauczyć się mówić, trzeba... mówić. 

Nie zrozumcie mnie źle. Sama przecież niejednokrotnie polecałam Wam i książki, i miejsca w internecie, gdzie możecie szkolić swój szwedzki (na przykład TUTAJ TUTAJ, i jeszcze kilka wpisów z poleceniami na pewno się pojawi). Moim zdaniem to kapitalne materiały: uzupełniające i rozwijające. Ucząc się języka bez nauczyciela po pierwsze łatwo można wyrobić sobie złe nawyki - szczególnie dotyczące wymowy - których potem niestety trudno jest się pozbyć. Nauczyciel natomiast może od razu zareagować na Wasze potknięcia i od razu sprowadzać Was na właściwą drogę. Po drugie, łatwo można też zagubić się w tej różnorodności materiałów, łatwo pozwolić sobie na skok na głęboką wodę, który raczej może zaszkodzić, bo szybko się zniechęcimy. Osoba, która będzie prowadzić Wasz kurs, powinna sprawować kontrolę także nad Waszym tokiem uczenia się. Po trzecie, wielu osobom uczenie się z kimś daje większego motywacyjnego kopa. Wszystkie te trzy punkty mogłabym zresztą skomentować: been there, done that rodem z internetowych gifów - i z perspektywy ucznia, i nauczyciela.

⛔ ze Szwedem, który z nauczaniem języka nie ma wiele wspólnego


Chcielibyśmy, żeby nasze samochody czy rury w mieszkaniu naprawiali fachowcy, umowy pisali prawnicy, ale z różnych powodów nie zawsze decydujemy się na to, by to specjaliści uczyli nas języków.

Często powtarza się, jak wartościowe jest to, żeby języka uczył nas native speaker, rodzimy użytkownik języka. Jasne! Ale byt takiego native speakera warto też odmitologizować. Opowiada o tym między innymi Jagoda Ratajczak w jednym ze swoich filmów na YouTube. Mówi na przykład, że "bycie native speakerem jakiegokolwiek języka nie jest żadnym osiągnięciem, jest czystym przypadkiem i wcale nie sprawia, że jesteśmy szczególnie kompetentni, jeśli chodzi o poprawność językową czy w ogóle o to, jak danym językiem się posługiwać" i zwraca uwagę na to, że teoretycznie za native speakera  - w przypadku polszczyzny - w równej mierze należy przecież uważać i profesora Jana Miodka, i Sebixa z osiedla. Ale pewnie tylko jednego z nich chcielibyśmy mieć za nauczyciela polskiego. 

Native speaker, któremu ufamy, to świetny partner do konwersacji, który pomoże nam zanurzyć się w języku. To osoba, która może przeczytać napisany przez nas tekst i ocenić, czy jest idiomatyczny. Która może podsunąć nam sporo ciekawych zwrotów z żywego, niepodręcznikowego języka. To naprawdę niesamowicie cenne! Być może jednak sami macie takie doświadczenie, że nie zawsze jednak będzie umieć wyjaśnić pewne zagadnienia gramatyczne inaczej niż odpowiedzią "bo tak" (tu też mogę skomentować: been there, heard that). Zresztą, czy Wy potrafilibyście tak z biegu wyjaśnić, dlaczego forma jem pomidor zamiast jem pomidora jest poprawna i dawniej była wzorcowa, a teraz jest słyszana zdecydowanie rzadziej? Albo o co chodzi z tym, że są dwa psy, ale sześć... psów? Czy też jasno wyłożyć inne zawiłości polszczyzny? Takie rzeczy potrafi pewnie native speaker przygotowany do nauczania swojego języka ojczystego jako obcego. I tu wracamy też do poprzedniego punktu: na początkowym etapie nauki ważne jest, by nauka była usystematyzowana - w tym także może pomóc nauczyciel.

⛔ bez gramatyki


Ile razy już na kursach językowych słyszałam  pytania, czy możemy się uczyć tak, żeby "nie było gramatyki"! 

Kilka lat temu na wykładzie Sary Lövestam na Targach Książki w Göteborgu (TUTAJ możecie posłuchać jej szwedzkiego wywiadu telewizyjnego o tym, jak pokochać gramatykę) usłyszałam świetną metaforę, która brzmiała mniej więcej tak: nasze wypowiedzi są jak haft krzyżykowy - widzimy tę przednią warstwę, obrazek, który przedstawia coś konkretnego. Ale ten haft ma też swoją lewą stronę, tam czasem kryje się niezła plątanina - to właśnie jest gramatyka: połączenia między różnymi częściami haftu, których nie widać na powierzchni. Wyszywając wzór na przodzie, nie unikniemy tych połączeń, tej lewej strony. Nie da się więc nauczyć języka "bez gramatyki".

Zawsze można uczyć się mnóstwa zdań czy form w całości, ale zajmowałoby to absurdalnie mnóstwo czasu i mnóstwo naszej pamięci - lepiej poznać zasady, które umożliwią nam zbudowanie nieskończonej ilości zdań, prawda?


We wpisie o TYCH MOMENTACH w nauce szwedzkiego
pokazywałam Wam jedno z moich zdjęć profilowych sprzed lat.
Ze słownikiem. Było też takie z ćwiczeniami do gramatyki.
Bo gramatyka jest ważna.
⛔ bez słuchania


O tym wspominałam już we wpisie z pięcioma poradami, o czym warto pamiętać zaczynając naukę szwedzkiego. Osłuchiwanie się od samego początku wpłynie nie tylko na słuchanie ze zrozumieniem, ale może też przydać się w trenowaniu mówienia - wybierając materiały do samodzielnego rozwijania Waszej nauki nie zapominajcie upewnić się, czy są do nich dostępne nagrania do odsłuchania! A jeśli chcecie sprawdzić, jak się wymawia słowa, na które natkniecie się poza materiałami, zajrzyjcie na Forvo

⛔ bez kontekstu

Listy słówek i fiszki są super, ale nie zapominajcie, że słownictwa najlepiej jest uczyć się w kontekście. Nie tylko dlatego, że kontekst pozwoli nam je łatwiej zapamiętać, ale dzięki temu od razu możemy nauczyć się, np. z jakimi przyimkami łączą się dane słowa i odróżnić galen i henne od galen på henne: galen - szalony, zwariowany, galen i henne - (szaleńczo) zakochany w niej, galen på henne - wściekły na nią. Albo możemy odróżnić, czy danego zwrotu można użyć w sytuacji formalnej lub nie. Mój anglista w liceum miał w zwyczaju mawiać "kontekst: twój przyjaciel" i warto starać się tę przyjaźń pielęgnować.

⛔ z piosenek

Piosenki są świetnym źródłem, na przykład do uczenia się słówek czy zwrotów, ale najbardziej skorzystacie z nich, kiedy szwedzki będziecie już znać trochę, to znaczy na tyle, by samodzielnie to źródło zweryfikować. Ucząc się języka dzięki piosenkom warto zachować ostrożność, jeśli chodzi o wymowę, bo ta w piosenkach może się różnić od tej standardowej, ze względu na np. zachowanie rytmu. Tu od razu jako przykład nasuwa mi się piosenka Sylwii Grzeszczak Małe rzeczy, która kilka lat temu doprowadzała mnie do szału sylabizowaniem: "Cie-szmy się z małych rze-czy-bo wzór na-szczę-ście-wnich zapisa-nyjest" 😉 Czasem to odbieganie od normalnej wymowy może dotyczyć akcentu. Wikipedia jako przykład transakcentacji w piosenkach podaje Dosko Stachurskyego: "U-wa-żaj" (zamiast "uważaj") i Świat się pomylił Patrycji Markowskiej: "twoja muzyka we mnie gra" (zamiast muzyka). Ja mam dla Was za to szwedzki przykład z Äppelknyckarjazz zespołu Movits! (pisałam o nich na blogu w TYM WPISIE). W refrenie pada tam takie zdanie: Nej, jag kan inte tveka nu, för om morsan kommer på mig blir det utegångsförbud. Ostatnie słowo, które możemy sobie przetłumaczyć jako szlaban, zakaz wychodzenia z domu, ze względu na rytm utworu zostało zaakcentowane jako utegångsförbud. Kto ma za sobą lekcje szwedzkiej fonetyki wie, że akcent w szwedzkich złożeniach (sammansättnigsaccent) polega na tym, że główny akcent pada na akcentowaną sylabę w pierwszym członie złożenia, a akcent poboczny na sylabę akcentowaną w ostatnim członie złożenia. A więc standardowo to słowo wymówilibyśmy jako utegångsförbud.



⛔ z Google Translatora


Choć Tłumacz Google radzi sobie coraz lepiej, wciąż jeszcze nie jest idealnym narzędziem i do korzystania z niego trzeba podchodzić krytycznie, co może być trudne dla osób, które dopiero zaczynają naukę szwedzkiego i z tego powodu trudno jest zweryfikować, czy to, co "wypluł" nam tłumacz jest w stu procentach poprawne. Często Google Tłumacz pomaga nam odkryć ogólny sens teksu, ale może wprowadzać w błąd na poziomie pojedynczych wyrazów czy ich form. Uważajcie też na to, że w tłumaczeniu między polskim a szwedzkim GT wciąż posiłkuje się językiem angielskim jako pośrednikiem.

Chciałabym pokazać Wam, co stałoby się z początkiem tego wpisu, gdybyśmy poprosili Tłumacza Google o przełożenie go na szwedzki:


Mamy tu nagle coś perwersyjnego (pervers), a na płaszczyźnie gramatycznej nieodmieniony został zaimek zwrotny w wyrażeniu hur jag inte ska lära MIG (a tak właściwie to nie chodziło o porady, jak ja nie będę się uczyć szwedzkiego, tylko jak Wy macie tego nie robić).

Sprawdźmy w drugą stronę. Tu wrzuciłam fragment z opisu pod filmem z YT z rozmową z Sarą Lövestam (poprawiłam w nim tylko nazwisko autorki). W opisie filmu jest mowa o grammatikporr, gramatycznej pornografii, ale raczej w kontekście pasji, tak jak w instagramowych hashtagach #bookporn, #foodporn itd. Tego GT nie rozpoznał, zobaczył za to "czyste pory gramatyczne", które kojarzyć się mogą raczej z książką o dbaniu o cerę niż o gramatyce 😅 



Nie wzbraniam się całkowicie przed korzystaniem z Translatora, wręcz przeciwnie, czasem podczas tłumaczenia tekstów posługuję się tym narzędziem, kiedy rozumiem znaczenie jakiegoś słowa, ale akurat w danym momencie nie mogę sobie przypomnieć, jak brzmi ono po polsku (albo czy w ogóle mamy taki odpowiednik jeden do jednego w polszczyźnie). Tak było na przykład, kiedy w tekście oryginału trafiłam na krypbarn, czyli raczkujące dzieci. Zastanawiałam się, czy też mamy na to jedno słowo, po czym Translator zaproponował mi to:


Zgadzacie się z tą listą? Uzupełnilibyście je o swoje porady, czego NIE robić? A może któreś z opisanych przeze mnie rozwiązań u Was akurat się jednak sprawdziły?

Trolltunga

Trives du her? Czasowniki z końcówką -s

Jeśli uważnie śledzicie nasze posty związane z gramatyką, wiecie już, że czasowniki opatrzone końcówką -s najczęściej oznaczają stronę bierną, np. w zdaniu dørene lukkes, znanym każdemu, kto chociaż raz przejechał się metrem w Oslo. Zdarza się jednak, że tego typu czasowniki pełnią jeszcze inne funkcje, które na polski będziemy tłumaczyć zupełnie inaczej. Sztandarowe przykłady to finnes (znajdować się) i synes (sądzić, uważać) – używane tak często, że po jakimś czasie brak końcówki -r typowej

Apetyt na Świat

Szlak Karhunkierros w fińskiej Laponii

Karhunkierros – Szlak Niedźwiedzia     Karhunkierros to długodystansowy szlak pieszy w fińskiej Laponii (północno-wschodnia część kraju). Oficjalnie otwarty w 1955 roku i od tego czasu jest jednym z najbardziej popularnych szlaków w Finlandii. Większość trasy prowadzi przez piękny Park […]

Artykuł Szlak Karhunkierros w fińskiej Laponii pochodzi z serwisu Apetyt na Świat.

Utulę Thule

Kartonowa Arktyka

Arktyka tytuł oryginalny: Arctic reżyseria: Joe Penna rok produkcji: 2018 kraj: Islandia Kto nie lubi kina skandynawskiego ze względu na Madsa Mikkelsena, niech pierwszy rzuci kamieniem. Może poznaliście go w filmach angielskojęzycznych, ale jeszcze kilkanaście lat temu rozkochiwałam się w nim oglądając największe hity duńskiej kinematografii lat 2000. Teraz Mads jest już gwiazdą hollywoodzką, a “Arktyka” dostała …

Artykuł Kartonowa Arktyka pochodzi z serwisu .

Stacja Islandia

hist og :: Days of Tundra (recenzja)

Islandzki projekt hist og został założony w 2017 roku i początkowo miało to być eksperymentalne, krótkotrwałe przedsięwzięcie, od którego wymagano przygotowanie nowej muzyki i wykonanie jej podczas festiwalu Norður og Niður organizowanym przez muzyków Sigur Rós. Jednakże po zagraniu koncertu, alternatywny projekt wcale nie uległ rozwiązaniu. Okazało się, że muzycy doskonale się rozumieją zarówno na […]

Norwegolożka

Jak nie zapomnieć? Trening mięśni językowych

Czy da się utrzymać znajomość języka obcego na wysokim poziomie, jeśli nie mieszkamy w danym kraju? I co zrobić, jeśli wiedza po prostu wyparuje nam z głowy?

Kierunek Norwegia

Informacje i ciekawostki o Oslo

Oslo jest stolicą Norwegii i jednocześnie największym miastem w tym kraju. Odwiedzając nowe miejsca, fajnie wiedzieć na ich temat trochę więcej. Zwiedzanie jest wtedy bardziej interesujące, a na miasto można spojrzeć z różnych perspektyw. Przygotowałam dla Was garść aktualnych informacji oraz ciekawostki o Oslo.     Ciekawostki o Oslo Oslo zostało założone około 1000 roku. Poprzednie nazwy Oslo to Kristiania oraz Christiania. Swoją obecną nazwę Oslo nosi dopiero od 1925 roku, a stolicą Norwegii zostało w 1814 roku. W 1624 miasto praktycznie doszczętnie spłonęło.  22 lipca w centrum Oslo miał miejsce zamach, w wyniku którego śmierć poniosło 8 osób. Był to wybuch bomby, którą podłożył Breivik przed rozpoczęciem zamachu na wyspie Utøya. Do tej pory w centrum miasta znajdują oryginalnie zachowane przedmioty zniszczone w wyniku wybuchów. Komunikacja miejska w Oslo obejmuje metro, pociągi, autobusy oraz promy. Od niedawna ciekawostką są elektryczne autobusy, które poruszają się bez kierowców.     Oslo to Zielona Stolica Europy 2019, co wiąże się z wieloma wydarzeniami organizowanym w tym mieście przez cały rok. Wszystko związane z ekologią. Za cel Oslo postawiło sobie bycie ekologicznym przykładem dla innych miast, testując innowacyjne rozwiązania, edukując, a przede wszystkim wprowadzając zmiany w życie. Część polityków chce, aby ścisłe centrum Oslo stało się miejscem wolnym od samochodów. Oslo otoczone jest lasami i świetnymi terenami do spacerowania m.in. Nordmarka, Østmarka, Lillomarka. To miasto parków, jezior, rzek, Dzięki położeniu tuż nad Oslofjord w parę chwil, prosto z centrum miasta, możemy znaleźć się na jednej z okolicznych wysp. Oslo to również miasto sportów zimowych. Co roku na skoczni narciarskiej można podziwiać mistrzostwa skoczków z całego świata, a amatorzy mogą skorzystać z fajnych tras narciarskich, a nawet saneczkowych. W 1952 roku Oslo było gospodarzem Zimowych Igrzysk Olimpijskich.       Coś jeszcze? W budynku ratusza miejskiej przyznawana jest co roku Pokojowa Nagroda Nobla. To właśnie w Oslo znajduje się największy park z rzeźbami na świecie -Vigelandsparken. Ponad 200 rzeźb, przestawiających około 600 postaci. Król Norwegii również jest mieszkańcem Oslo, mieszka w królewskim Pałacu w samym centrum stolicy. Za wjazd do miasta trzeba zapłacić. W Oslo i na granicach miasta na dzień 1 stycznia 2019 roku znajdowały się 83 punkty automatycznego poboru opłat.  Miasto najtaniej odkrywać komunikacją miejską lub po prostu spacerując po jego zakamarkach. Nad miastem czuwa tygrys! A dokładnie jego rzeźba. Na dworcu Jernbanetorget od 2000 roku możemy zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z tym egzotycznym zwierzakiem. Pomnik to prezent na 1000 lecie miasta. Oslo jako Miasto Tygrys funkcjonuje od  czasu, gdy Bjørnstjern Bjørnson napisał „Sidste Sang”, w której opisał walkę konia z tygrysem. Dla obecnych mieszkańców ma być to symbol wielu możliwości oraz m.in. szans na rozwój. Najsławniejsi mieszkańcy Oslo to Edvard Munch, Henrik Ibsen oraz Gustav Vigeland. W stolicy urodził się również Jo Nesbø. W Oslo nie ma lotniska. Najbliższe lotnisko Gardermoen znajduje się 50 km od centrum, a Torp Sandefjord leży 122 km od Oslo.     Liczby Miasto podzielone jest na 15 dzielnic. W drugim kwartale 2019 roku w Oslo mieszkało 685 811 osób. Szacuje się, że w 2040 roku Oslo będzie zamieszkiwało 815 514. Najliczniejsza mniejszość narodowa zamieszkująca stolicę to Pakistańczycy (22 830), na drugim miejscu znajdują się Polacy (16 332). 42 % mieszkańców Oslo mieszka we własnych nieruchomościach. W 2018 Oslo przeznaczyło na wydatki związane z kulturą średnio 2932 nok na mieszkańca. Tylko dwa budynki w Oslo mają powyżej 100 metrów wysokości. Najwyższy budynek to Oslo Plaza, czyli budynek w którym mieście się hotel Radisson (117 metrów). Na drugim miejscu znajduje się Posthuset (112 m).   Najpopularniejsze imię nadawane dzieciom w 2018 roku w Oslo to Alma oraz Mohammad. Całkowity koszt budowy Opery w Oslo to około 4,4 miliarda nok.   Czekam na Wasze ciekawostki o Oslo! Jeżeli jesteście ciekawi, jakie miejsca warto odwiedzić w tym mieście, odsyłam Was do mojego Przewodnika po Oslo oraz wpisu o muzeach w stolicy. Sylwia.  

Artykuł Informacje i ciekawostki o Oslo pochodzi z serwisu Kierunek Norwegia.

Stacja Islandia

Vosbúð :: Almannagjá (recenzja)

Vosbúð to muzyczny projekt, który powstał w 2019 roku. Został zrodzony na islandzkich pustkowiach, wyłaniając się z przepastnej szczeliny ziemi ogarniętej ogniem i zmarzliną, z inicjatywą zaprezentowania swojej bezkompromisowej odmiany ekstremalnej muzyki określanej jako volcanic black metal. W chwili obecnej projekt ten jest całkowitą zagadką. Nie posiada strony internetowej ani fanpage’a. Nie wiemy także kto […]

Utulę Thule

Zostanie tylko Islandia

autor: Berenika Lenard. Piotr Mikołajczak tytuł: Zostanie tylko wiatr. Fiordy Zachodniej Islandii rok: 2019 wydawnictwo: Czarne liczba stron: 264 W 1952 roku ostatni islandzcy osadnicy odpłynęli z Hornstrandir. Ślady ich życia powoli zaczęły znikać, a półwyspem znów zawładnęła natura. Mieszkańcy przeprowadzili się w przyjaźniejsze rejony, zostawiając za sobą ponadtysiącletnią historię ujarzmiania ziemi, będącej dziś jednym z najpiękniejszych rezerwatów przyrody …

Artykuł Zostanie tylko Islandia pochodzi z serwisu .

Stacja Islandia

Áskell :: Space Is The Place (recenzja)

Áskell to pseudonim artystyczny islandzkiego producenta i DJ’a Áskella Hardarsona, wcześniej znanego jako Housekell. Muzyk od wielu lat związany jest z elektroniczną sceną w Reykjaviku. Bardzo szybko odnalazł swoją niszę grając surową, undergroundową odmianę muzyki house i garage, czym wyróżniał się na tle innych lokalnych artystów. Áskell swój talent i umiejętności doskonalił w Islandzkiej Akademii […]

Trolltunga

En bok til, takk! czyli jakie norweskie powieści czytać tej jesieni

Po raz trzeci u progu jesieni piszemy dla Was o książkach norweskich autorów, którymi warto zasilić swoje zapasy na najbliższe tygodnie – wygląda na to, że to już tradycja! W dzisiejszym poście każdy powinien znaleźć coś dla siebie... Nic tylko czytać!rebis.com.plSkam, Julie Andem, tłum. Karolina DrozdowskaTytuł doskonale znany większości z Was, tyle że z małego ekranu. Scenariusz norweskiego serialu, który podbił świat, od niedawna dostępny jest też w polskiej wersji językowej – i to wszystkie

Szwecjoblog - blog o Szwecji

Czy język szwedzki jest trudny?

Czy język szwedzki jest trudny? Czy języka szwedzkiego trudno się nauczyć? Takie pytania słyszę bardzo często, i w prywatnych rozmowach, i na uniwersyteckich dniach otwartych drzwi i na spotkaniach autorskich. Tak naprawdę wcale nie tak łatwo na nie odpowiedzieć. Bo najlepszą odpowiedzią byłoby "to zależy".

Wiele zależy od tego, jaki jest nasz język ojczysty. Pewnie nie raz widzieliście w internecie zdjęcie z wykładu ze slajdem, prezentującym słowo 'gra' i utworzone od niego wyrazy pochodne odmienione na różne możliwe sposoby jako dowód na to, jak trudna jest polszczyzna.


źródło: Pintrest

Na co dzień pewnie nie myślimy, że polski jest trudny. Albo w ogóle nie zastanawiamy się nad tym, jaki jest. Języki jawią się nam jako łatwe lub trudne między innymi poprzez różnice między nimi, a wtedy mamy raczej na myśli trudności związane na przykład z wymową poszczególnych, "obcych" dźwięków czy z opanowaniem konkretnych kategorii gramatycznych. Na przykład: jeśli w naszym rodzimym języku nie ma rodzajników, trudność może sprawić nam ich opanowanie w szwedzkim czy niemieckim. Dodatkową trudnością i dodatkowym wysiłkiem związanym z nauką jakiegoś języka może być konieczność przyswojenia innego alfabetu czy systemu pisma.

Znajomość innych języków obcych i ogólne doświadczenie z uczeniem się języków także odgrywa rolę w ocenie języka jako trudny lub łatwy (o tym, jak najlepiej uczyć się języka szwedzkiego, napiszę w następnym poście). Powiedzenie, że ćwiczenie czyni mistrza, to nie kłamstwo i pewnie już przekonaliście się o tym na własnej skórze. Tak samo pewnie niejednokrotnie mieliście wrażenie, że łatwiej przychodzi zapamiętanie słownictwa czy konstrukcji w jednym języku obcym, jeśli możemy je porównać z innym językiem obcym. Na początku nauki szwedzkiego wszędzie w szwedzkich tekstach dostrzegałam niemieckie słówka. A na lekcjach poświęconych gramatyce przykładałam sobie chociażby użycie czasu perfect czy zdań wyrażających przyszłość do tego, co znałam z angielskiego, Har ni gjort läxan z Have you done your homework, Det kommer att regna z It's going to rain. Na dodatek konstrukcja Jag ser honom komma (Widzę, że przychodzi) od razu skojarzyła mi się z łacińskim ACI, którą tyle razy przecież ćwiczyliśmy na lekcjach w szkole.

O patrzeniu na języki jako łatwe i trudne przeczytacie też u Patryka Topolińskiego w ebooku Językowa siłka - skuteczne metody nauki języków. To właśnie rozdział na ten temat skłonił mnie, by odnieść się do Waszych pytań we wpisie. Chciałabym dziś zatem opowiedzieć w ogromnym skrócie, czego możecie spodziewać się, jeśli zaczniecie przygodę ze szwedzkim, co powinno iść gładko, a w jakich obszarach dobrze jest uzbroić się w cierpliwość w uczeniu się. Nie wiem, czy to dokładnie odpowie Wam na pytanie, czy język szwedzki jest trudny, ale może chociaż trochę pokaże, z czym to się je 😉


Bułka z masłem...

Alfabet

Na początek dobra wiadomość z kategorii chyba tych najbardziej oczywistych. Szwedzki alfabet składa się z 29 liter i oprócz standardowych liter alfabetu łacińskiego są w nim litery Å (zwane przez studentów często "świętym A", "A z aureolką" 😊), Ä i Ö. Tu zatem trudności nie trzeba się spodziewać.

Uwaga na marginesie: Å, Ä i Ö znajdziemy na końcu szwedzkiego alfabetu. Przyznaję, że czasem przy pracy zdarza mi się, że "szwedzki wjeżdża za mocno" i w polskim słowniku szukam wyrazów z Ą czy Ó za daleko!

Odmiana 

Pamiętacie tę scenę z Dnia świra z odmianą czasownika posiłkowego to be?


Byliście odpytywani z odmiany niemieckich czasowników w czasie teraźniejszym i brzmiała Wam trochę jak jakieś rymowanki, szczególnie z końcowym sie/Sie? W szwedzkim nie będziecie mieć takich problemów - czasowniki mają jedną formę dla różnych osób. Zamiast I am, you are czy sie/Sie sind usłyszelibyśmy jag är, du är, de är - do tego współcześnie zaimka formy grzecznościowej (jak niemieckie Sie czy hiszpańskie usted) czy też nie ma, bo w Szwecji wszyscy zwracają się do siebie po imieniu, na ty, a więc na du.

O przypadkach też zapomnijcie. No, może nie o dopełniaczu (we wpisie o tym, jak wymawiać nazwy szwedzkich dań, wspominałam o daniu [kogo? czego?] dnia, dagens rätt? Wytłuszczone w wyrażeniu -s to właśnie końcówka dopełniacza) i nie w kwestii zaimków (szwedzkie podręczniki częściej mówią tu jednak nie tyle o odmianie przez przypadki, co o 'formie podmiotu' i 'formie dopełnienia', subjektsform i objektsform, np. han - honom, on - jemu, mu, nim itd.).

Słownictwo

Pamiętacie, jak w I cóż, że o Szwecji pisałam o tym, jak Szwedzcy Demokraci chcieli wpłynąć na szwedzkie słownictwo?
Nie tak dawno Szwedzcy Demokraci (Sverigedemokraterna), skrajnie prawicowa partia, zrobili wokół siebie dużo zamieszania, kiedy wyszli z pomysłem, by ograniczyć używanie anglicyzmów i zatrzymać import obcych słów. Te, które już utarły się w języku, ale mają swoje rodzime odpowiedniki, też powinny znaleźć się na słownikowej czarnej liście. Rada Języka Szwedzkiego wprawdzie nie do końca wyobrażała sobie, w jaki sposób można byłoby przeprowadzić taki projekt, ale szwedzcy dziennikarze i komicy bardzo szybko podłapali temat i zaczęli wyliczać słowa, jakich należałoby zakazać, gdyby wniosek SD został przyjęty. Zaczęło się bardzo przyziemnie od ziemniaków (potatis) i toalety, by skończyć na prztyczkach kierowanych w stronę samej partii i jej polityków. Nieszwedzko brzmią przecież „strefy no-go”, „wrażliwe strefy miejskie” (przez naszych polityków chętniej określane „strefami szariatu”). Nie mówiąc o tym, że „demokraci” też szwedzkim słowem nie są.
Do tego pomysłu SD odniosła się też Elisabeth Åsbrink w tłumaczonej przeze mnie książce Made in Sweden. 60 słów, które stworzyły naród. Zwraca tam uwagę na to, że język szwedzki nie jest samotną wyspą odizolowaną od świata, ale że przez stulecia ulegał wpływom innych języków, m.in. niemieckiego, francuskiego czy angielskiego:
Köpa, räkna, arbete, stad, rådman, hantverk, skomakare, snickare, hyvla, redskap, trappa, frukt, krydda, konst i kunskap (kupować, liczyć, praca, miasto, rajca, rzemiosło, szewc, stolarz, heblować, narzędzia, schody, owoc, przyprawa, sztuka, umiejętność) to kilka przykładów słów, które pojawiły się w języku szwedzkim dzięki ówczesnym imigrantom. [...] Badania z lat 70. XX wieku wskazują, że niemieckie zapożyczenia w języku szwedzkim stanowią 24–30% słownictwa, zależnie od sposobu liczenia. W XVII wieku do szwedzkiego przenika także parę francuskich słów, na przykład marmelad, audiens i familj (marmolada, audiencja, rodzina). A za nimi przychodzą ateljé, byrå, staty i medaljong (atelier, biuro, statua i medalion). [...] Do zapożyczeń dołączyły takie słowa jak möbel, maskerad, divan, soffa, frisyr (mebel, maskarada, kanapa, sofa, fryzura), a także kongress, officiell, jargong i journalist (kongres, oficjalny, żargon i dziennikarz). Zapożyczenia z francuskiego stanowią dzisiaj około 6% szwedzkiego słownictwa. Potem nadchodzi angielszczyzna. W XIX wieku język szwedzki wzbogacił się o takie słowa jak gentleman, panorama i klan. [...] Pojawiło się tego więcej. Biff (befsztyk), blunder (gafa), komfort oraz veranda, grill, turist, stenograf i lokomotiv. [...] Także w tym czasie, pod koniec XIX wieku, język szwedzki wzbogacił się o następujące słowa i wyrażenia: city, college, folklore, all right, intervju, anarkism, banta (odchudzać się), tippa (typować), reporter, agnostiker, slum, bojkott i räd (najazd). 
Jeśli uczycie się któregoś z tych języków obcych, pewnie to zestawienie Was ucieszyło. I pewnie zwróciliście też uwagę, że wiele z tych słów z niemieckiego, francuskiego czy angielskiego zapożyczyła też sobie polszczyzna i że można je uznać za internacjonalizmy. 
Dlatego też tak bardzo lubię, że podręcznik Rivstart rozpoczyna się ćwiczeniem, które pokazuje rozpoczynającym naukę szwedzkiego, że garść szwedzkich słówek już znają: hamburgare, advokat, bok, kaffe, potatis, papper czy mobil.

... i twardy orzech do zgryzienia

Wymowa

Jak brzmi szwedzki? Zdaniem internautów: jak jazda na kolejce górskiej, jakby ktoś gwoździem po szybie jeździł, jakby ktoś usiłował połknąć gorącego kartofla, jak mowa ufoludków, jak chiński, jak muzyka. Tak przynajmniej podsumowała to Karolina Koszałkowska w artykule Czy język szwedzki jest trudny na portalu Woofla - Świat Języków Obcych. A Radosław Kotarski we Włam się do mózgu przyznał, że język szwedzki, którego nauczył się od zera w pół roku na poziomie wystarczającym, by zdać egzamin SWEDEX na poziomie średniozaawansowanym, wydaje mu się "równie dźwięczny co spadający z metalowych schodów kaloryfer". Niezależnie od tego, czy się z tymi komentarzami zgadzacie, czy też nie, na pewno pokazują one, że szwedzka wymowa jest - jakby to powiedzieć - specyficzna 😉
A to za sprawą kilku czynników: przede wszystkim długości samogłosek i spółgłosek (we współczesnej polszczyźnie długość głosek jest po prostu... jedna), akcentu zdaniowego (pewne wyrazy w zdaniu - części mowy lub części zdania - są akcentowane lub nie), a także obecności tonemów, to znaczy akcentu muzycznego w wyrazach. To wszystko sprawia, że szwedzki brzmi tak melodyjnie ("jak jazda na kolejce górskiej", dźwięki płyną w dół i w górę - mam nadzieję, że o to chodziło autorowi komentarza). A jednocześnie dla uczących się to właśnie oznacza, że trzeba się będzie nauczyć imitować tę melodyjność.
PS Dobrze jak najwięcej się osłuchiwać się i powtarzać - TUTAJ polecałam Wam szwedzkie podcasty.



Poza tym w szwedzkim mamy dźwięki, których nie ma w polszczyźnie, np. tak zwany SJ-ljudet, dźwięk zapisywany (między innymi) zbitką liter SJ, jak w słowach sju (siedem) czy sjuksköterska (pielęgniarka) - pisałam o nim TUTAJ. One też będą musiały z czasem "ułożyć się nam na języku" w trakcie nauki.


Dialekty

Szwedzki szwedzkiemu nierówny. Pisałam o tym w TYM WPISIE poświęconym szwedzkim dialektom i wspominałam tam, jak podczas praktyk w Skanii musiałam powoli przyzwyczajać się do innej melodii zdań, rozciągniętych samogłosek i oczywiście "charczącego R", które bardzo różniły się od rikssvenska, języka standardowego, neutralnego, który znałam z zajęć i podręczników.
Jakie znaczenie mają dialekty z perspektywy uczenia się języka? Spokojnie, w podręcznikach i na kursach będziecie mieć do czynienia z językiem standardowym (szwedzcy lektorzy mogą mówić z pewnymi cechami swojego dialektu). Ale warto osłuchać się z różnymi wariantami szwedczyzny w wykonaniu rozmówców z różnych regionów, by mieć jak najmniej trudności w komunikacji np. podczas różnego rodzaju spotkań.

Szyk zdania

Szwedzki jest pięknym językiem. Szwedzki jest pięknym językiem? Szwedzki pięknym językiem jest (no dobra, a Słowacki wielkim poetą był). Uczę szwedzkiego w Poznaniu. W Poznaniu uczę szwedzkiego. Szwedzkiego uczę w Poznaniu.
W przestawianiu elementów zdania w polszczyźnie mamy sporą dowolność. W szwedzkim w zasadzie też, z tym zastrzeżeniem, że w zdaniu oznajmującym czasownik musi znajdować się na drugim miejscu (V2): Svenska är ett vackert språk, a w pytaniach, które po polsku zaczynają się od "czy" - na pierwszym: Är svenska ett vackert språk? W szwedzkim zdaniu miejsce podmiotu musi być obsadzone, np. Jag undervisar i svenska i Poznań. W zdaniu głównym przeczenie nie stawiamy po czasowniku, np. jag vet inte, jag kan inte (w odróżnieniu od polskiego "nie wiem, nie znam się" 😉
Swój porządek mają też zdania podrzędne, bisatser. Tam działa tak zwana reguła BIFF (dosłownie: befsztyk - tak ma być łatwiej ją zapamiętać): I en bisats kommer inte före det finita verbet - W zdaniu podrzędnym [przeczenie] inte (a także inne tak zwane okoliczniki zdaniowe) występują przed czasownikiem w formie osobowej. Na przykład: Jag köper inga köttbullar, eftersom jag inte äter kött - Nie kupuję klopsików, ponieważ nie jem mięsa.
O ile samo nauczenie się zasad na pamięć nie wydaje się problemem, trudniejsze jest ich zautomatyzowanie i sprawowanie kontroli nad szykiem zdania, kiedy produkujemy teksty na piśmie, a szczególnie w mowie.

Przyimki

Pamiętacie, jak to miło, że szwedzkich rzeczowników nie trzeba odmieniać przez przypadki, uczyć się końcówek biernika, celownika itd.? Ale nie ma nic za darmo 😉 Za to trzeba nauczyć się przyimków. Piszę długopisem, więc med en penna, w marcu panowie kupują kwiaty kobietom, a więc åt kvinnor. I tak dalej. Owszem, po polsku też używamy przyimków, ale nie zawsze możemy je przełożyć jeden do jednego. Rozmawiam przez telefon, ale po szwedzku i telefon [w telefonie], jestem w sypialni, w salonie, w łazience, w toalecie, ale: i sovrummet, i vardagsrummet, i badrummet, på toaletten [na toalecie]. Połączeń z przyimkami trzeba uczyć się po prostu na pamięć.


Określoność

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze określoność: temat, w którym bardzo mocno "siedzę". W czasopiśmie naukowym "Kultura i Polityka" (21/2017) w artykule Określony, czyli jaki? O pośrednim użyciu formy określonej z perspektywy uczenia się i nauczania języka szwedzkiego jako obcego podsumowywałam tę kwestię tak (pozostawiam odniesienia bibliograficzne jak w oryginalnym tekście):
Choć we wszystkich językach istnieją różne sposoby wyrażania różnicy między tym, co znane i tym, co nieznane, rodzajniki określony i nieokreślony występują w zaledwie 8% języków świata (por. Dryer 2013a i 2013b). W języku polskim określoność nie jest kategorią zaznaczaną morfologicznie, a do wspomnianej mniejszości należy właśnie język szwedzki oraz inne języki germańskie. Opanowanie systemu rodzajników w języku angielskim, którego znajomość często deklarują polscy uczący się języka szwedzkiego, jest dla uczących się języka obcego jednym z najtrudniejszych zagadnień, niemal niemożliwym do przyswojenia (por. Liu, Gleason 2002: 2; Ekiert 2010: 125–126). Podobne trudności napotykają także osoby uczące się języka szwedzkiego, gdy muszą opanować użycie rzeczownika w czterech różnych formach:
(1) bez rodzajnika, np. flicka – dziewczynka, hus – dom,
(2) poprzedzonego rodzajnikiem nieokreślonym, np. en flicka – INDEF dziewczynka, ett hus – INDEF dom, 
(3) z sufigowanym rodzajnikiem określonym, np. flickan – dziewczynka.DEF, huset – dom.DEF
(4) z sufigowanym rodzajnikiem określonym i poprzedzonego rodzajnikiem określonym, np. den (glada) flickan – DEF (szczęśliwa) dziewczynka.DEF, det (gula) huset – DEF (żółty) dom.DEF (Eriksson, Wijk-Andersson 1988: 1).
Często jednak okazuje się, że relacja między formą a znaczeniem jest nieco bardziej skomplikowana – na przykład wtedy, kiedy we frazach o znaczeniu określonym nie występują rzeczowniki w formie określonej, a więc z sufigowanym rodzajnikiem określonym, lecz rzeczowniki w formie bezrodzajnikowej, np. min hund – mój pies (Nyqvist 2013a: 23).
Oznacza to, że dla przyswojenia sobie zasad związanych z użyciem rodzajników powinniśmy opanować odpowiedzi na pytania, czy do rzeczownika w ogóle potrzebujemy rodzajnika czy nie (wtedy potrzebujemy tak zwanej formy nagiej, naken form). Jeśli rodzajnik, to czy będzie to rodzajnik nieokreślony (en, ett) czy nieokreślony (den, det, de) - przy czym w języku szwedzkim rodzajnik nie zawsze stoi przed rzeczownikiem jak w niemieckim (np. eine Hand - die Hand), ale przede wszystkim jest doklejany do rzeczownika (np. en hand - handen). A gdy opanujemy już to, ważne jest, żeby się nie rozpędzać i nie doklejać go tam, gdzie mamy już na przykład zaimki - min hund, mój pies, a nie *min hunden, nawet jeśli wiemy, że ten pies jest określony 🙃
W teorii brzmi to pewnie skomplikowanie, ale mam nadzieję, że już niedługo uda mi się w osobnym tekście na blogu pokazać Wam  w przystępny sposób, że zagadnienia związane z określonością mogą być naprawdę fascynujące!


A jakie Wy macie doświadczenia i wrażenia? Czy język szwedzki jest trudnym językiem?

Stacja Islandia

Ingi Bjarni :: Tenging (recenzja)

Jeden z najbardziej utalentowanych islandzkich pianistów jazzowych powraca z nowym albumem. Ingi Bjarni Skúlason to jazzowy kompozytor i pianista, o którym pisaliśmy już przy okazji recenzji debiutanckiej płyty projektu Sarkali („Sarkali”, 2015; recenzja TUTAJ), w któym występował oraz jego autorskiego albumu, nagranego w trzyosobowym składzie „Fundur” (2018; recenzja TUTAJ)   30 sierpnia 2019 roku na […]

Kierunek Norwegia

Solvorn – oaza spokoju nad fiordami

Małe, ciche i spokojne miasteczko tuż nad fiordem, czyli Solvorn. Przyciąga kolorowymi domkami, idyllicznym klimatem, ciekawą historią i widokami. Wybierałam się w to miejsce długi czas. Po pierwszej wizycie muszę stwierdzić, że na pewno jeszcze tam wrócę. Lekka mgła, zachmurzone niebo i bardzo mało osób na ulicach zaczarowało mnie. Mogłabym tam spędzić niejedno popołudnie na miłym nic nierobieniu w towarzystwie otaczających gór i lasów.     Solvorn Solvorn to miasteczko z historią na każdym kroku. Momentami można poczuć się jak w miasteczku-muzeum, ponieważ na wielu budynkach znajdują się tablice opowiadające historię poszczególnych miejsc. A jest co opowiadać!     Nazwa miejscowości w języku staronorweskim oznaczała w wolnym tłumaczeniu “obrońca Słońca”, co ma związek z położeniem miasteczka. Mimo wysokich gór dookoła, Solvorn jest miejscem dobrze oświetlonym. Jest tutaj sporo starych budynków z XIX wieku, większość odrestaurowanych i zadbanych. Co budynek to inna historia, a mini wystawy w oknach i otoczenie domków bardzo zaciekawia. Mieszkańcy Solvorn dawniej zajmowali się handlem, rzemiosłem oraz rolnictwem. Był to ważny ośrodek portowy z jedną z pierwszych przystani dla parowców.     Część osób Solvorn kojarzy z charakterystycznym hotelem Walaker, który od 1690 roku należy do tej samej rodziny, czyniąc go jednocześnie najstarszym tego typu obiektem “rodzinnym” w Norwegii. Przed hotelem znajduje się piękny, zadbany ogród. Spędzenie nocy w tym miejscu to jednak spory wydatek, a koszt różni się od standardu pokoju, który wybierzemy. W miasteczku znajduje się również zabytkowy kościół z XIV wieku, urocza kawiarnia i sklep, o którego utrzymanie niejednokrotnie walczyli mieszkańcy tego małego miasteczka.     Ciekawostką jest mała galeria sztuki, w której można oglądać zdjęcia i obrazy różnych artystów. Galeria otwarta jest dla każdego, a wstęp jest bezpłatny. Po obejrzeniu wystawy można odpocząć na malutkim molo z widokiem jak marzenie.     Solvorn leży tuż nad Lustrafjorden, który jest odnogą najdłuższego w Norwegii i Europie fiordu, czyli Sognefjorden. Na brzegu fiordu znajduje się mała plaża z uroczymi domkami. W wodzie na swoich właścicieli czeka wiele łódek. Życie kręci się tutaj wokół wody.     Ornes Z Solvorn można ruszyć w dalszą drogę. Część osób odwiedzających to małe miasteczko za punkt docelowy obiera Ornes, którego główną atrakcją jest kościół klepkowy Urnes. Jest to najstarszy kościół tego typu w Norwegii. Został wybudowany około 1130 roku, a w 1979 kościół Urnes został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Oprócz tego, że kościół sam w sobie jest niezwykłym zabytkiem z pięknym wnętrzem, to otoczenie, w którym się znajduje, dodatkowo dodaje mu niesamowitego klimatu. Przeprawa promowa trwa tylko 15 minut, a aktualny rozkład jazdy znajduje się na stronie przewoźnika >>>     Co dalej? Solvorn to świetna baza wypadowa. Piękne widoki rano i wieczorem, a w ciągu dnia wycieczki po przepięknych okolicach. Ale dokąd ruszyć z tego małego miasteczka? Moje propozycje to: 🌲 Lodowiec Nigardsbreen 🌿 Jęzory lodowca Supphellebreen oraz Bøyabreen 🌲 Kolejne urocze miasteczko, czyli Fjærland 🌿 Punkt widokowy Gaularfjellet 🌲 A dla amatorów wędrówek fajne trasy trekkingowe np. wyprawa wzdłuż Lustrafjorden do Legene (6 km, 3 h), trekking do Setålen (6 km, 3 h) lub dość wymagająca trasa do Molden (8 km, 4 h). Solvorn to idealne miejsce dla osób, którym marzy się odpoczynek od całego świata, piękne widoki i cicha okolica. Czas płynie tutaj bardzo powoli, niemal tak wolno, jak małe statki przemierzające fiord. To świetne miejsce dla tych, którzy chcą poczuć klimat Norwegii. Rano wypić kawę z pięknym widokiem, popływać po fiordach, przejść okoliczne szlaki i zobaczyć norweską architekturę. Czekam na Wasze wrażenia z norweskich, klimatycznych wsi i miasteczek. Sylwia.  

Artykuł Solvorn – oaza spokoju nad fiordami pochodzi z serwisu Kierunek Norwegia.

Utulę Thule

Jakie książki o Islandii czytać (i gdzie je znaleźć)?

Chcecie poczytać o Islandii, ale nie wiecie jakim pozycjom zaufać? A może nie wystarczają Wam wydawnictwa popularnonaukowe i chcecie sięgnąć po tekst merytoryczny, z długą bibliografią i wiarygodny? Często pytacie mnie o sprawdzone pozycje o Islandii. Zawsze to pytanie o rekomendację mi schlebia, bo to znaczy, że naprawdę ufacie moim wyborom. Z drugiej strony za …

Artykuł Jakie książki o Islandii czytać (i gdzie je znaleźć)? pochodzi z serwisu .

Stacja Islandia

Árni Karlsson :: Flæði II (recenzja)

Árni Karlsson to czołowy islandzki kompozytor i pianista jazzowy, którego kompozycje utrwalają jego pozycję na scenie. Zainteresowanych dotychczasową twórczością Árni’ego Karlssona odsyłam do recenzji jego poprzednich wydawnictw: „Hold” (2014; recenzja TUTAJ) i „Flæði” (2018; recenzja TUTAJ). Obecnie 5 września 2019 roku Árni Karlsson wydał swój najnowszy album zatytułowany „Flæði II”. Jak łatwo się można domyśleć, […]

Pat i Norway

Kozia wioska - Undredal

Jeśli słysząc "ser kozi" na myśl przychodzi norweska miejscowość Undredal to wcale nie przypadkowo! 

Undredal położone jest między Flåm i Gudvangen. Było pierwszym miejscem w Norwegii, które uzyskało pozwolenie na produkcję i sprzedaż koziego sera (zarówno białego jak i brązowego) w Europie. Już przy zjeździe z głównej drogi mijamy mnóstwo kóz a po prawej stronie fabrykę sera - Undredal Stølsysteri. 

Sama miejscowość jest wręcz mikroskopijna. Oprócz prawdopodobnie najmniejszej w Europie straży pożarnej znajdziemy tam również najmniejszy w Skandynawii kościół klepkowy będący w użyciu (stavkirke). Jest tam mała i bardzo popularna kawiarnia, dom gościnny, sklep, apteka i pole namiotowe. My wybraliśmy się tam w pierwszy ciepły weekend września i był to świetny pomysł. Nie było prawie żadnych turystów więc mieliśmy czas na włóczenie się między uroczymi domkami. Wybraliśmy się również wzdłuż fiordu na trasę prowadzącą do Stokko - punktu widokowego znajdującego się 2 km od wioski. 
















Mój ulubiony brązowy ser















Pozdrawiam,
Pati

Farerskie kadry

Spektakl

W farerskim słowniku znaleźć można ponad sto sześćdziesiąt określeń na chmury i mgłę. Fakt ten przestaje dziwić, gdy odwiedzi się daleki archipelag, a szczęśliwy zbieg przypadków, prądów atmosferycznych i ośrodków niżowych zaserwuje niezwykły spektakl. Chociażby taki jak ten, którego świadkiem byłem pewnego sierpniowego wieczoru. Chmury i mgła przejęły farerskie niebo z samego rana. Tłumiły niemal […]

Artykuł Spektakl pochodzi z serwisu Farerskie kadry.

Szwecjoblog - blog o Szwecji

"Dobry wilk" - dobry reportaż

W czerwcu 2012 roku w ogrodzie zoologicznym w szwedzkim Kolmården doszło do tragedii: Karolina, pracownica ogrodu, została rozszarpana przez stado wilków. O sprawie głośno zrobiło się też w polskich mediach. Dziewczyna opiekowała się zwierzętami, od kiedy były jeszcze szczeniętami, jej wejście na wybieg stanowiło jedną z rutyn w jej pracy. Podczas konferencji prasowej dyrektor zoo wyraził smutek z powodu wypadku, ale podkreślił też obawy, jak zdarzenie wpłynie na „markę wilka” w Szwecji. Lars Berge zastanawia się, co to właściwie znaczy: czy zwierzęta, przyroda traktowane są jak marka, jak produkt? 


W ogrodzie zoologicznym Kolmården od lat 80. trwały projekty, mające na celu socjalizację z wilkami. W ramach projektu pod nazwą Närkontakt Varg, Bliski Kontakt z Wilkiem, opiekunowie poznawali „od szczeniaka” stado wilków.  Wkrótce stało się ogromną atrakcją dla turystów: samo wejście na wybieg i doświadczenie kontaktu z wilkami w ostatnich latach wygenerowało dla parku ponad 8 milionów koron. Takiego bliskiego kontaktu ze zwierzętami doświadczyli m.in. król Szwecji Karol XVI Gustaw, najbardziej znany szwedzki piłkarz Zlatan Ibrahimović, czy aktor Mikael Persbrandt – w jego przypadku miało to związek z przygotowaniami do roli Beorna w filmie Hobbit Petera Jacksona.



Zadeklarowanym celem Bliskiego Kontaktu z Wilkiem była próba zmiany negatywnego stosunku do drapieżnika, który – jak utrzymywali autorzy projektu – wynikał z niewiedzy i strachu. Dlatego wypadek był nie tylko tragedią dla wszystkich uczestników, lecz stał się również kolosalnym marketingowym fiaskiem. Bo jedyny wniosek, który się nasuwa po analizie działalności prowadzonej na wybiegu dla wilków w Kolmården, jest taki, że wilki rzeczywiście są niebezpieczne. Jak się okazało, to drapieżniki, które są w stanie zabić człowieka. Zamiast nadal szukać odpowiedzi na pytanie, kto w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ewentualnie wprowadził wilki do szwedzkich lasów, niniejsza opowieść będzie starała się więc dociec, jak i kiedy ludzie zaczęli wchodzić na wybieg dla wilków w Kolmården.
Lars Berge (którego możecie znać jako autora powieści Korponinja) w Dobrym wilku. Tragedii w szwedzkim zoo (szwedzki tytuł Vargatacken znaczy dosłownie "Wilczy atak") postanawia zbadać, jak w Kolmården mogło dojść do tragedii. Sprawa długo pozostawała nierozwiązaną zagadką, choć zapadł wyrok wskazujący na winę ówczesnego dyrektora ogrodu zoologicznego. Berge przedstawia sprawę w znacznie szerszej perspektywie. Śledzi nie tylko sprawę tragedii z 2012 roku, ale zastanawia się nad tym, co o ludziach w ogóle mówi organizowanie tego typu atrakcji, przeprowadzenie takich eksperymentalnych projektów z udziałem zwierząt. Zwraca uwagę na to, że kontakt człowieka z dziką przyrodą i dzikimi zwierzętami to właściwie cała historia skomplikowanych relacji.

Nasze dzieci nieustannie oglądają zwierzęta pod postacią uroczych rysunkowych stworzeń i miękkich pluszowych zabawek. My z kolei wpłacamy pieniądze na Światowy Fundusz na rzecz Przyrody i przejmujemy się losem zagrożonych gatunków. Zwłaszcza tych, które ładnie wyglądają na zdjęciach. Tymczasem prawdziwe, żywe zwierzęta, które oddychają i krwawią jak my, zniknęły z naszych oczu. Konsumujemy więcej mięsa niż kiedykolwiek, lecz masowa rzeź odbywa się w anonimowych obiektach w bezpiecznej odległości od nas.
Choć Berge opisuje przede wszystkim tragiczny wypadek w Szwecji, odwołuje się często do innych kontrowersyjnych historii, które obiegły serwisy informacyjne na całym świecie: niedźwiadka polarnego z Berlińskiego Ogrodu Zoologicznego, który stał się symbolem-maskotką ochrony zwierząt (szczególnie w czasie, kiedy jeszcze był mały i słodki), goryla Harambe z Cincinnati, zastrzelonego po tym jak kilkuletni chłopiec przeczołgał się pod barierką i spadł na wybieg, czy żyrafy Mariusa z kopenhaskiego zoo – zdrowego, ale „nadwyżkowego” zwierzęcia, którym na oczach odwiedzających nakarmiono drapieżniki. 

W reportażu Larsa Bergego czuć szczerość. Autor często podkreśla, że nie jest ekspertem od wilków, zaznacza swoją perspektywę dziennikarza, prowadzi czytelnika przez swój reporterski research: „wiem, że…”, „skontaktowałem się z…”, „przeczytałem...”. Bardzo dobrze zachowuje równowagę między fragmentami bardziej osobistymi, zwierzeniami, przemyśleniami czy wspomnieniami, a przedstawianiem faktów, referowaniem kolejnych zdarzeń i opinii ekspertów. Co ważne, w jego pisaniu czuć też szacunek wobec bliskich Karoliny, która zginęła w Kolmården – Berge nie szuka sensacji, ale w wyważony sposób dokonuje analizy. Bardzo podobało mi się to, że Berge nie tyle osądza, co zadaje pytania: sobie i czytelnikom.

Dobry wilk to mądry, poruszający i rzetelnie przygotowany reportaż. Przynosi odpowiedź na pytanie, jak mogło dojść do wypadku w Kolmården - historię poznacie w książce, ale już pewnie domyślacie się, że nie chodzi tu o rozważania, czy wilk jest zły czy to może jednak tytułowy "dobry wilk". Ocenić należy raczej człowieka. Choć punktem wyjścia była pojedyncza tragedia w Szwecji, reportaż skłania do myślenia o ludzkiej chęci zdominowania natury, jak również o relacjach z przyrodą i zwierzętami na tym bardziej codziennym, indywidualnym poziomie. Dotyka kwestii ekologii, bliskiego kontaktu z przyrodą - wartości, które w Szwecji są bardzo cenione, z którymi Szwecja kojarzy się też za granicą. Berge skupia się jednak na niewygodnych aspektach związanych z tymi wartościami. 
Rodzina nie rozumiała, dlaczego piszę tę książkę. Próbowałem wytłumaczyć, że w tragicznej śmierci Karoliny dostrzegam jakąś fundamentalną prawdę o ludzkiej kondycji; że nie był to tylko wypadek przy pracy spowodowany błędnymi procedurami bezpieczeństwa, lecz wydarzenie o znacznie większej wadze. Odnoszę wrażenie, że mówi ono o czymś niezwykle charakterystycznym dla Szwecji i o tym, jak sami siebie postrzegamy. W naszym własnym wyobrażeniu o sobie – poza tym, że kochamy przyrodę – jesteśmy postępowym i sprawiedliwym społeczeństwem, które nieustannie zmierza ku nowoczesności. Jesteśmy dumni z tego, że mamy najlepsze programy ochrony zwierząt i najbardziej zaawansowane prawo pracy na świecie. Przez dwieście lat, do czasu ataku w Kolmården, żaden szwedzki obywatel nie został zagryziony przez wilka.
Na koniec - na szwedzkiej okładce książki znajduje się trafne podsumowanie, które chciałabym przytoczyć w luźnym tłumaczeniu, bo moim zdaniem świetnie pokazuje, o czym jest ta książka i dlaczego warto po nią sięgnąć: „To nie jest książka przyrodnicza. To nie jest książka o wilkach w Skandynawii. To opowieść o ludzkości: ludzkiej obsesji, ambicji i chciwości. Ale też o niektórych ludziach, którzy chcą dobrze. Którzy chcą uratować świat. To książka, która opowiada o tym, jak przyroda stała się przemysłem rozrywkowym. Gdzie to, co dzikie, stało się przedmiotem naszych wyobrażeń, naszych wizji dobrego i złego. Wizji, jak powinno być zorganizowane społeczeństwo. To książka o ludzkim pragnieniu kontrolowania natury. Ogrody zoologiczne i to, co się tam dzieje, zdecydowanie pokazują raczej nas, ludzi, niż zwierzęta zamknięte na wybiegach. One bądź co bądź są tylko zwierzętami, podążającymi za instynktem. Ale przede wszystkim to książka o tym, co tak naprawdę wydarzyło się na wybiegu wilków tamtej niedzieli przed sześcioma [siedmioma] laty. I jak mogło do tego dojść.” To książka, o której chce się dyskutować. Jedna z najważniejszych, jakie przeczytałam w ubiegłym roku - dla Vargattacken zarwałam noc.

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo (Vargattacken
przeł. Irena Kowadło-Przedmojska 
Czarne 
2019


Premiera książki: 11.09.2019
Dziękuję Wydawnictwu Czarne za możliwość przedpremierowego zapoznania się z polskim przekładem.

Utulę Thule

Utulanie Islandii we Wrocławiu

Pojechałam do Wrocławia na swoją pierwszą własną wyjazdową prelekcję o Islandii. Choć podróż trwała więcej niż mój występ, a Wrocław przywitał mnie deszczem i chłodem, publiczność dopisała i przyjęto mnie bardzo ciepło. Bardzo dziękuję organizatorom: Wrocławskie Centrum Rozwoju Społecznego oraz gospodarzom: Otwarta Przestrzeń Kultury za zaproszenie i umożliwienie podzielenia się moją pasją do Islandii z …

Artykuł Utulanie Islandii we Wrocławiu pochodzi z serwisu .

Trolltunga

Odważ się mówić po norwesku! 8 wskazówek

Dopóki nauka norweskiego polega na przeglądaniu tekstów z podręcznika lub mediów, wypełnianiu ćwiczeń i uczeniu się gramatyki, czujesz się w miarę bezpiecznie. Kiedy jednak nadchodzi moment, w którym po raz pierwszy musisz wejść w dyskusję po norwesku, ogarnia cię dobrze znane uczucie lęku i dyskomfortu. Jak to przełamać? Poniżej 8 punktów, dzięki którym zaczniesz mówić!1. Zadbaj o odpowiednie nastawienie. Nie obawiaj się popełniania błędów.Obawa przed popełnianiem błędów to tak na prawdę lęk

Pat i Norway

Kim jest Harry i dlaczego nie chcesz być jak on.

Każdy kto ma w swoim otoczeniu Norwegów lub ogląda telewizję /słucha radia na pewno choć raz zetknął się z wyrażeniem *Det er  Harry* lub *Han/hun er  Harry*. 



W dosłownym tłumaczeniu oznacza *cały Henryk* a w języku polskim odnośnikiem jest obecnie *Janusz*. Ostatnio krąży w sieci mnóstwo memów na temat Januszy. Janusz ubiera się w specyficzny sposób a januszowanie to styl bycia, który jest obiektem drwin. Również w Norwegii coś co jest *harry* jest równocześnie pozbawione smaku, śmieszne, prowincjonalne a czasem wręcz groteskowe i wulgarne.  

Skąd w Norwegii wzięło się w ogóle to określenie? Cofnijmy się do początku dwudziestego wieku. W tym czasie kraj był wyraźnie podzielony na klasę robotnicza, klasę średnią i elity. O ile elity nazywały swoje dzieci duńskimi imionami, klasa średnia wybierała raczej typowe imiona norweskie, niemieckie czy francuskie to przedstawiciele tej najniższej w hierarchii grupy wybierała proste imiona angielskie. Bardzo popularnym imieniem wśród robotników było właśnie Harry. Niestety, szybko zyskało łatkę prostaka i wieśniaka. Harry to prosty robotnik, który nie przejmował się tym co na siebie ubierał i co myślą o nim inni ludzie. To również osoba, która nie grzeszyła zbytnio inteligencja.  

W latach 70-tych pojawiło się określenie *Harry i Dorris* (polski odpowiednik: Janusz i Grazyna) i definiowało ono osoby, które ubierały się w określony sposób, nosiły te same fryzury i przejawiały te same zainteresowania będąc równocześnie obiektem drwin innych osób. Obecnie, jeśli coś jest określane mianem *harry* to prawdopodobnie jest typowe dla lat 70/80 tych. Z przykładów, które znalazłam w internecie takimi rzeczami mogą być np: 
-skarpety do sandałów (chociaż patrząc obecnie na norweskich nastolatków chodzących w klapkach Kubota i białych skarpetach podciągniętych do kolan to *harry* jest chyba teraz w modzie) 
-brylantyna na włosach 
-skórzane kamizelki/ albo kamizelki typu wędkarz z milionem kieszonek używane na co dzień 
-specyficzny *wioskowy* dialekt. Norwegowie mają tendencje do określania mianem *harry* osób, które mówią wioskowym dialektem – np. zaciągają lub maja specyficzne dla swojej *wioski* słowa. 


Harry to nie tylko sposób ubierania się, czy mówienia. To również sposób bycia, który po polsku jest określany wieśniackim. Fryzura na czeskiego piłkarza jest *harry*. Wycieczki do Szwecji na zakupy są często nazywane *harrytur* czyli właśnie takie januszowe wyprawy, żeby zaoszczędzić parę koron. Koszulka typu *żonobijka* i zloty łańcuch wokół szyi jest *harry*. Czasem nawet muzyka może być *harry*!  

Czy słyszałeś/aś to określenie wcześniej? Czego dotyczyło? Koniecznie daj znać w komentarzu tu, lub na facebooku! 

Pozdrawiam, 
Pati 
Źródła: 
https://vgd.no/samfunn/vitenskap/tema/277825/tittel/hva-er-definisjonen-paa-harry 
https://no.wikipedia.org/wiki/Harry_(slang) 
https://www.dagbladet.no/kultur/var-egen-harry/65528269 
https://ordbok.uib.no/perl/ordbok.cgi?OPP=harry&bokmaal=+&ordbok=bokmaal 
https://snl.no/harry 

Utulę Thule

Nie jest Ok

Przyjaciółka zrecenzowała mi retrospektywę Ólafura Eliassona jako nudną, a potem dowiedziałam się, że ogłaszane szeroko w islandzkich mediach wymarcie lodowca Ok jest ściemą. Czy Islandczycy tylko kreują się na tak zatroskanych o środowisko? Było jak na pogrzebie bardzo ważnej osoby. Zmarłego żegnały tłumy, zwykli ludzie, ale też pani premier Katrín Jakobsdóttir oraz poeci. Ceremonię odprawiono …

Artykuł Nie jest Ok pochodzi z serwisu .

Kierunek Norwegia

Steinsdalsfossen – spacer pod wodospadem

Zwiedzając Norwegię nie sposób nie trafić na wodospady. One są tu praktycznie wszędzie. Niektóre łatwo dostępne, a aby dostać się do innych, trzeba pokonać często niełatwy szlak. Część możemy podziwiać z daleka, część z tak bliska, że bez płaszcza przeciwdeszczowego “nie podchodź”. Pod Steinsdalsfossen możemy nawet wejść! I to właśnie sprawia, że jest to kolejny, bardzo popularny norweski wodospad. Bo kogo nigdy nie ciekawiło, jak ten piękny strumień wody wygląda z innej perspektywy?     Najpierw w drogę! Steinsdalsfossen znajduje się 75 km od Bergen oraz 60 km od Oddy w Hordaland. Niestety, jak to na wielu norweskich krętych i wąskich drogach, czas przejazdu zajmuje dużo więcej. Jadąc z Bergen na przejazd musimy przeznaczyć około godziny i 20 minut. Podróż z Oddy trwa około 1,5 h i niestety do tanich nie należy, bo aby dostać się na ten wodospad musimy przejechać przez most – 145 nok, a po jakimś czasie mijamy kolejną bramkę, tym razem do zapłaty 50 nok. Po drodze przejeżdżamy obok wielu ładnych, ciekawych i bardzo fotogenicznych miejsc. Jak dla mnie sama trasa, dobrze zaplanowana, już jest przyjemna, jest to część “turistveg Hardanger”, czyli turystycznej trasy Hardanger, która bogata jest w fajne widoki i piękne wodospady. Na miejscu czeka na nas spory darmowy parking, kiosk, kawiarnia, sklep z pamiątkami i darmowe toalety.     Spacer pod wodospadem Steinsdalsfossen leży na rzece Fosselva, a jego inna, mniej popularna nazwa to Øvsthusfossen. Wycieczka i przejście pod wodospadem trwa tylko chwilę. Trasa jest bardzo krótka, dobrze zabezpieczona, wszędzie są barierki. To jakie będziecie mieli wrażenia z tego miejsca w dużej mierze zależy od tego, kiedy ten wodospad odwiedzicie. W czasie suszy, kiedy jest mało opadów, wodospad jest po prosu mały i nie robi takiego wrażenia. Moją ostatnią wizytę w tym miejscu (z której pochodzą zdjęcia w tym wpisie) poprzedziły bardzo, ale to bardzo obfite ulewy. Wodospad wyglądał przez to świetnie! A przejście pod nim bez deszczaka, na pewno oznaczało mokrą głowę.     Stojąc pod wodospadem i patrząc na jego olbrzymią siłę, nie sposób nie zachwycić się nim chociaż przez chwilę. Dodatkowych wrażeń przysparza wielki huk spadającej z wysokości 20 metrów wody. Kawałek za wodospadem znajduje się punkt widokowy, z którego możemy rzucić okiem na okolicę.     Podsumowując, ten wodospad najbardziej spodobał się dzieciakom, które tego dnia były ze mną na wycieczce. Dzieci były zachwycone spacerem pod wodospadem, mimo tego, że trasa spacerowa jest bardzo krótka. Jeżeli zwiedzacie okolice, warto zaznaczyć na swojej mapie podróży i to miejsce. Kolejny wodospad, który można odwiedzić podróżując po tym rejonie to imponujący Vøringsfossen >>> Sylwia.  

Artykuł Steinsdalsfossen – spacer pod wodospadem pochodzi z serwisu Kierunek Norwegia.

Finolubna

Po sąsiedzku: Rekin i Baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów.

Dawno nic mnie tak nie zachwyciło, jak "Rekin i Baran". Opowiedziana przez Martę Biernat (współautorkę bloga Bite of Island) Islandia - niby taka daleka, a jednak wydała mi się bliska. Bliska sercu Finoluba, specyficzna i osobliwa. Coś między nami zaiskrzyło. Takie zauroczenie od pierwszego zdania pierwszego rozdziału (a brzmiało ono "Islandia jest krajem dość nietypowym, gdyż na dobrą sprawę nie ma prawie wcale mieszkańców"). Choć ludzi na Islandii mało, to zdają się oni być niesamowicie intrygującymi postaciami. A może właśnie dlatego tacy są ci "skandynawscy Południowcy". Jest ich niewielu, więc praktycznie wszyscy się znają. Są jednak w izolacji od reszty świata, a polarna pogoda jak i natura zawsze stroniła im sprzyjających warunków. Wulkany, długa zima, i ciągła pochmurność. Ale Islandczycy jakoś dają sobie radę i to z godną pozazdroszczenia pogodą ducha. Autorka uchyla rąbka islandzkiej codzienności i przedstawia ją na przestrzeni wieków, od czasów zasiedlenia przez pierwszych Wikingów, po czasy teraźniejsze. Wszystko to, co sprawiają, że codzienność islandzka jest bardziej kolorowa, niż by to się mogło na pierwszy rzut oka wydawać, podobało mi się w lekturze najbardziej. Zaczynając od wieczorków z sagami w torfowych chatkach, po zbieranie dzbanuszków i dzierganie na drutach (które na Islandii jest domeną zarówno kobiet, jak i mężczyzn), po chrupanie Prince Polo, i cieszenie się długimi dniami krótkiego lata.



Czytając o Islandii, zauważam wiele wspólnych mianowników z Finlandią (tudzież z krajami nordyckimi w ogóle). Oczywista jest powszechność lukrecji, pragmatyzm i zorze polarne. Trudne, dla przeciętnego człowieka, języki. Piękne krajobrazy, chociaż w Finlandii królują brzozy i jeziora, a na Islandii lodowce i bezkresne łąki. Wszędobylskie islandzkie owce można potraktować jako odpowiedniki fińskich reniferów, a baseny - odpowiedniki saun. Różnice natomiast od razu dałoby się zaobserwować gołym okiem przypatrując się islandzkim i fińskim charakterom, bo podczas gdy Islandczycy uważani są za "Hiszpanów Skandynawii", Finowie w tym zestawieniu plasują się zdecydowanie bardziej na Północy.

Zarówno Finlandia jak i Islandia ma swoisty magnetyzm, który przyciąga ciekawość. "Rekin i Baran" rozbudziły mój apetyt, nie tyle na baraninę (a już tym bardziej na sfermentowanie mięso rekina!), co na Islandię w ogóle. Mam ochotę wybrać się tam, ubrać lopapeysa, popatrzeć na gejzer, pooddychać okołowulkanowym powietrzem, skosztować hot doga i skyr i na własnej skórze przekonać się na czym ta cała magia Islandii polega.

"Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów" to opowieść, która zaurocza. Autorka pokazuje, że owe życie w cieniu wulkanów, z pozoru szare i ponure, jest tak naprawdę barwne i wesołe. Narracja jest bardzo wciągająca, a wszystko uzupełnione zdjęciami męża autorki, Adama. Większość fotografii krajobrazów wygląda tak, jakby ktoś przepuścił je przez islandzki filtr - zastanawiam się czy tak faktycznie to wszystko wygląda, czy to po prostu moje oczy dały się ponieść islandzkiej magii i zaczęły postrzegać ją w ten dziwaczny sposób... Książka godna polecenia dla każdego, kto ma ochotę przenieść się choć 'wirtualnie' do tej odległej i niesamowitej krainy. Jedna uwaga: skutkiem ubocznym lektury może być nieposkromione pragnienie rzucenia wszystkiego i kupienia biletu do Rejkiawiku. Czytacie na własne ryzyko.


Książkę do recenzji otrzymałam od Wyd. Poznańskiego. Takk!

Finolubna

Laponia. Wszystkie imiona śniegu


Wiele osób kojarzy Laponię tylko z wioską świętego Mikołaja. Jego oficjalna siedziba, Rovaniemi, faktycznie znajduje się w Laponii, a dokładniej jej fińskiej części. Sama zaś Laponia (fiń. Lappi, szw./norw. Lappland, lap. Sápmi) zajmuje tereny aż czterech krajów, Norwegii, Szwecji, przywołanej Finlandii i Rosji. Lapończycy, Saamowie (Saami lub Sámi) to pierwotnie lud koczowniczy, który żył razem z reniferami. To właśnie te zwierzęta wyznaczały, i do dzisiaj wyznaczają, tempo i styl życia Lapończyków. Zaskakujące, że Saamowie mają na nie kilkadziesiąt określeń, podobnie z resztą jak na śnieg. Druga książka duetu autorów bloga Bite of Iceland, Marty i Adama Biernatów, jest nie o Islandii, ale właśnie Laponii.




Czytając "Laponię. Wszystkie imiona śniegu" przenosimy się przede wszystkim do dawnej Laponii, kiedy jej mieszkańcy ani myśleli o osiedleniu się gdzieś na stałe. Autorka książki sięga do korzeni lapońskiej kultury i przywołuje jej najważniejsze założenia. Możemy podejrzeć lapońskiego szamana i uszczknąć nieco pogańskich tajemnic, zapoznając się z dawnymi wierzeniami i wynikającymi z nich tradycjami i obrzędami Saamów. Bardzo żałuję, że trzymając w rękach papierową książkę nie słychać opisywanych w niej praktyk joikowania, niby śpiewu, niby wołania duszy. Kiedy chrześcijaństwo na dobre osiedliło się w Skandynawii, Saamowie zostali zmuszeni do asymilacji i porzucenia pradawnych wierzeń i praktyk. Zakazano nawet joikowania i używania szamańskiego bębna. Na całe szczęście lapońskiej kulturze udało się jednak przetrwać.

Polecam jako podkład muzyczny do lektury!



Rozdziały "Laponii" to wielowątkowa kulturalna podróż. Treść przypomina raczej zbiór ciekawostek, niż garść suchych faktów i informacji. Do tego Marta ma piękny dar opowiadania. Łatwo się oczarować. Nie tylko Laponią, ale też samą lekturą książki.

Laponia to też piękne i bezkresne krajobrazy. Kilka z nich uchwycił na zdjęciach Adam, doprawiając magiczną historię jeszcze bardziej magicznymi widokami.


Renifery, zorze, szamanizm, śnieg i joik. Tak myślę o Laponii. Postrzeganie jej tylko jako siedzibę świętego Mikołaja to przyjęcie bardzo wąskiej i, moim zdaniem, złej perspektywy (swoją drogą z książki też dowiecie się jak to się stało, że Mikołaj wylądował akurat w Rovaniemi). "Laponia. Wszystkie imiona śniegu" pozwala spojrzeć na nią szerzej, otworzyć oczy, dostrzec skrywane piękno krainy przykrytej śniegiem. Pozwala przyjrzeć się ciekawym historiom Saamów, ich złożonej kulturze i tradycjom, z których wiele przetrwało do dziś.

Czekam z niecierpliwością na kolejne książki duetu Biernatów. Dotychczasowe pozycje traktują bardzo mocno o krajach, których dotyczą i jest w nich zdecydowanie za mało prywatnych zwierzeń. Tych chciałabym więcej bo coś czuję, że one również mogłyby nas, czytelników, oczarować tak, jak piękne lapońskie zorze.


Egzemplarz do recenzji otrzymałam od wyd. Poznańskiego. Z radością objęłam patronat medialny :) 

Finolubna

Odnaleźć sisu. Fiński sposób na szczęście

Sisu, sauna i Sibelius to trzy słowa klucze, które zwykle służą do zdefiniowania fińskości. Dwa ostatnie są na pierwszy rzut oka zrozumiałe: Finlandia na całym świecie słynie z saun, a Finowie są bardzo dumni ze swojego narodowego kompozytora, Sibeliusa. Sisu wymaga większej uwagi. O tym, czym jest, pisze Katja Pantzar w swojej książce "Odnaleźć sisu. Fiński sposób na szczęście przez hartowanie ciała i ducha" (Wyd. UJ, tłum. Magdalena Rabsztyn-Anioł). Pochodząca z rodziny fińskich imigrantów, Katja wychowała się w Kanadzie, ale od wielu lat mieszka w Helsinkach. Przeprowadzka do Finlandii pozwoliła jej znaleźć równowagę psychiczną i wyjść z depresji. W swojej książce Pantzar poddaje analizie fiński styl życia i próbuje poznać tajemnice fińskiego hart ducha. Rezultaty swoich poszukiwań przedstawia w formie praktycznego przewodnika podszytego własnymi doświadczeniami. 


Wróćmy na chwilę do początku. Czym właściwie to sisu jest? Trochę pisałam już o tym tutaj. Sisu nie da się po polsku przedstawić jednym słowem. Zwykle opisuje się je jako zbiór cech takich jak wytrwałość, wytrzymałość, odwaga, temperament, duma. Czasem mówi się, że sisu to cecha narodowa Finów. Na przestrzeni wieków, narodowy duch sisu rósł w siłę, zmagając się z nieprzychylną fińską przyrodą, ale także z niełaskawą dla Finów historią. Jest to siła do hartowania ducha i ciała. Cytując badaczkę sisu, Emilię Lahti, Pantzar przywołuje definicję, która mówi, że sisu jest ucieleśnieniem psychicznej twardości [s. 48]. To stawianie czoła trudnościom, sprawdzanie się i swojej wytrzymałości. 

Tak, jak Dania ma hygge, Finlandia ma sisu. Wyobraźmy sobie brzydki, ponury, zimowy wieczór. Hygge daje nam przyzwolenie do spędzenia takiego wieczoru w domowym zaciszu, pod ciepłym kocem z kubkiem gorącej herbaty, i kontemplowania małych szczęść w przytulnej atmosferze. Sisu natomiast stwierdzi, że jeśli trzeba wyjść na zewnątrz, to trzeba wyjść i jakoś poradzić sobie z panującą tam zawieruchą. Mimo wiatru i śniegu, trzeba iść! Perkele! Hygge to herbata przy kominku, sisu to lodołamacz (nomen omen, takie właśnie miano nosi jeden z helsińskich lodołamaczy i moim zdaniem jest to świetna nazwa!). Ktoś kiedyś zobrazował sisu jako mycie samochodu podczas ulewy, albo grabienie liści gdy wieje mocny wiatr. To oczywiście żartobliwe ujęcie tematu. 



Każdy kij ma dwa końce i nawet sisu ma swoje złe strony, o czym Katja także wspomina w swojej książce. Wymienić można tutaj na przykład zbyt daleko idący upór, który niekiedy nie pozwala sięgnąć po pomoc innych. Może to i z tego powodu,w krainie sisu, paradoksalnie, tak wiele osób zmaga się z depresją.

"Odnaleźć sisu" nie skupia się tylko na sisu, ale też szerzej - na fińskim podejściu do życia. Tytuł oryginału, "The Finnish Way. Finding courage, wellness, and happiness through the power of sisu" oddaje to lepiej, niż jego polski przekład. Ale na czym polega owy "fiński sposób"? Metody opisane w książce nie są bardzo odkrywcze. Wręcz przeciwnie - fińskie podejście do szczęścia to zbiór prostych, dobrze znanych, zdroworozsądkowych zachowań. Duże znaczenie, według autorki, ma przede wszystkim hartowanie ciała. Ruch to lekarstwo na wszystko. Katja, zwolenniczka morsowania, poleca codzienną dawkę ruchu. Mogą to być kąpiele w lodowatej wodzie, ale także spacery albo jazda na rowerze, bardzo popularna w krajach północnych. Pantzar przywołuje też zbawienne skutki saunowania, które doskonale hartuje zarówno ciało, jak i ducha. Do tego rozsądne odżywianie, w tym korzystanie z sezonowych dóbr natury. Kontakt z przyrodą jest równie istotny. Do tego odrobina nordyckiego minimalizmu. Tak pokrótce wygląda recepta na szczęście po fińsku. Książka uzupełniona jest o zbiór praktycznych wskazówek jak zastosować poszczególne elementy "recepty" w swoim życiu. Znajdziemy w niej także mini poradnik jak morsować i saunować. 




Fińskie powiedzenie mówi: Onni ei tule etsien, vaan eläen. Szczęście nie bierze się z szukania, ale z życia [s. 146]. W rankingu szczęśliwych krajów, Finlandia znów osiągnęła pierwsze miejsce. Coś zatem w tym "fińskim sposobie "musi być... ale do kąpieli w lodowatej wodzie nie dam się namówić za żadne skarby! 




Egzemplarz do recenzji otrzymałam od Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego.  Kiitos!

Trolltunga

Jak wrócić do nauki norweskiego po przerwie?

Ostatni dzień sierpnia to symboliczna data końca wakacji (przynajmniej w Polsce) i planowania nowych aktywności, bądź powrotu do tych, które odłożyliśmy w związku z urlopami i odpoczynkiem. Z tego wpisu dowiecie się jak wejść ponownie w tryb nauki języka norweskiego sprawnie i efektywnie.1. Przypomnij sobie cel nauki.Czy na pewno wiesz, po co Ci norweski? Dlaczego w ogóle rozpocząłeś w przeszłości naukę tego języka? Jak będziesz go używać, gdy osiągniesz wymarzony poziom biegłości? Jakie

Kierunek Norwegia

Nigardsbreen – jęzor największego lodowca w Norwegii

Będąc na wycieczce objazdowej po Norwegii, koniecznie trzeba wybrać się nad chociaż jeden lodowiec. Norwegia bogata jest w przepiękne, potężne lodowce, ale niestety nie wiemy, jak długo przyjdzie nam jeszcze cieszyć się z tych niesamowitych dzieł Matki Natury. Tutaj niestety trzeba się spieszyć, bo z roku na rok lodowce są coraz mniejsze, a różnicę widać gołym okiem. Część lodowców w Norwegii jest w miarę łatwo dostępna. Krótki spacer i możemy podziwiać okazałe, niebieskie jęzory. Tak jest również z bohaterem tego wpisu, czyli pięknym Nigardsbreen. To jeden z większych jęzorów największego w kontynentalnej części Europy lodowca Jostedalsbreen.     Jedziemy! Jadąc na lodowiec najlepiej zatrzymać się w niedużej miejscowości Gaupne, która leży tylko 38 km od miejsca docelowego. W Gaupne znajdują się campingi, sklepy, apteka. Samo miasteczko również jest fajną bazą wypadową, w dodatku ładnie położoną. Drugą opcją na nocleg jest camping w bardzo bliskiej odległości od lodowca, znajduje się on około 500 metrów od Breheimsenteret. Do Nigardsbreen dojedziemy z Gaupne malowniczą drogą numer 604. Jest dość wąska, więc warto zachować ostrożność, zwłaszcza że o rozporszenie uwagi bardzo łatwo. Duża część trasy ciągnie się wzdłuż przezroczystej, polodowcowej rzeki. Naokoło wysokie góry, po których spływają zachwycające wodospady, a co jakiś czas pojedyncze domy. Warto zatrzymać się chociaż na jednym z mostów nad rzeką i popatrzeć na to, co dookoła. Trasa jest naprawdę przyjemna i sama w sobie już jest początkiem ciekawej wprawy.     Breheimsenteret Po około 30 minutach docieramy do Breheimsenteret, czyli Centrum Parku Narodowego Breheimen oraz Jostedalsbreen. Możemy tutaj dowiedzieć się dużo na temat lodowców, zmian klimatu i jego wpływu na nasz świat. Są również ciekawe informacje dotyczące obu parków m.in. o przyrodzie, roślinności, historii. W Breheimsenteret znajduje się również kawiarnia i informacja turystyczna. Sam budynek prezentuje się pięknie. Zgadnijcie do czego nawiązuje jego kształt.     Po zwiedzeniu muzeum czas ruszyć nad lodowiec. Wędrówkę można zacząć już w tym miejscu, do najbliższego parkingu pod lodowcem z parkingu muzeum do przejścia są 3 km w jedną stronę. Radzę podjechać autem na najbliższy parking, a zaoszczędzony czas spędzić w okolicy Nigardsbreen. Zwłaszcza jeżeli wybieracie się na spacer po samym lodowcu. Wjazd na drogę przed lodowcem kosztuje 80 nok, płatny przy szlabanach. W to miejsce można dojechać również autobusem z Gaupne i Sogndal. Rozkład jazdy tutaj >>> Nigardsbreen Już z parkingu nad samym jeziorem Nigardsvatnet bez trudu możemy dostrzec coraz bardziej nieśmiało spoglądający na nas jęzor lodowca. Z roku na rok jest coraz mniejszy, a w 2018 cofnął się o rekordową odległość, bo aż o 80 metrów. To jest ten smutny, ale i edukacyjny aspekt wycieczki nad lodowce. Widząc na własne oczy to, o czym zazwyczaj słucha się w telewizji lub czyta w prasie, można zmienić podejście do wielu spraw związanych np. z ekologią w codziennym życiu.     Wracając do wycieczki opcje mamy tutaj dwie. Możemy udać się na wycieczkę z przewodnikiem lub samemu. Na lodowiec można wejść tylko i wyłącznie z doświadczonym przewodnikiem oraz z odpowiednim sprzętem. Lodowce są w ciągłym ruchu, to masa głębokich szczelin i odpadających kawałków lodu, po prostu bardzo niebezpieczne miejsce. Na “spacer” po lodowcu możemy wybrać się w okresie od maja do września (terminy różnią się w zależności od wycieczki). Ceny zaczynają się od około 800 nok za osobę. Organizowane są również wycieczki po lodowców dla rodzin z dziećmi, a nawet foto safari. W sezonie warto zarezerwować wyprawę z wyprzedzeniem, więcej na ten temat na oficjalnej stronie >>>  Szlak Druga opcja to samodzielna wycieczka w okolice lodowca. Szlak to około 3 km w jedną stronę. Możecie skrócić trasę o połowę podpływając kawałek łódką (60 nok w dwie strony, płatność bezpośrednio u kierowcy łodzi), ale uprzedzam, że taka przejażdżka trwa dosłownie chwilę. Szlak nad lodowiec nie jest trudny, ale trzeba bardziej uważać idąc tamtędy w czasie deszczu. Kamienie są wtedy bardzo śliskie i łatwo o wywrotkę. Ze względu na to, że jest to szlak często uczęszczany, po drodze jest dużo udogodnień takich jak drabinki, liny. Jeżeli nie lubicie tłumów, wyruszcie w to miejsce po południu lub bardzo wcześnie rano. Zasada taka jak we wszystkich turystycznych miejscach w Norwegii. Szlakiem na lodowiec idzie się bardzo przyjemnie, bo i okolica jest piękna.     O tym, że jesteśmy coraz bliżej lodowca daje nam znać huk rzeki wypływającej prosto spod Nigardsbreen. Jest to rwący, niesamowicie silny potok. Po chwili stoimy już przed pięknym, niebieskim lodowcem. Budzi respekt i zachwyt, skłania do refleksji. Zatrzymajcie się w tym miejscu na dłuższą chwilę.     Na brzegu strumienia znajdują się liczne kawałki lodu, prosto z lodowca. Nie ukrywam, że warto spróbować jak smakuje ta podobno najlepsza woda na świecie. Co jeszcze można robić w tych okolicach? 🔹 wybrać się na spływ kajakowy 🌀 spłynąć w pontonie po rwącej rzece, a nawet wybrać się na body rafting (nie mam pojęcia jak przetłumaczyć to na j. polski) 🔹 zdobyć okoliczne górskie szczyty. A jest w czym wybierać! Jeszcze raz gorąco polecam Wam zarówno wycieczkę w te okolice, jak i wyprawę na lodowiec. Nigardsbreen robi wrażenie zarówno swoim wyglądem, jak i tym, jak wyglądał jeszcze nie tak dawno. Sylwia. Jeżeli zaczarował Cię kolor wody tego małego jeziorka, koniecznie odwiedź również magiczne Lovatnet >>>  

Artykuł Nigardsbreen – jęzor największego lodowca w Norwegii pochodzi z serwisu Kierunek Norwegia.

Farerskie kadry

Z archiwum farerskiej poczty

Nie po raz pierwszy sięgniemy dziś na łamach „Kadrów” do farerskich znaczków jako źródła Owczych smaczków. W filatelistycznych peregrynacjach nieocenioną pomocą służą zeszyty Posta Stamps wydawane co kwartał i wysyłane bezpłatnie (!) po świecie. Wystarczy trafić na listę klientów farerskiej poczty, zamawiając chociażby jedną z ciekawych pozycji książkowych. Tym razem Owcza poczta pomoże nam w […]

Artykuł Z archiwum farerskiej poczty pochodzi z serwisu Farerskie kadry.

Norwegolożka

Urodzinowo po raz czwarty

Gratulerer med dagen! Dziś świętujemy 4. urodziny Norwegolożki!

SKANDIS

Własność Orma – czaszka morsa z francuskiego Le Mans (F NOR2001;10)

Tym razem będzie naprawdę krótko – dzisiejsza ciekawostka runiczna to czaszka morsa z inskrypcją runiczną datowaną na XIII – XIV wiek. Eksponat trafił poza Skandynawię – od 1816 roku znajduje się w muzeum historii naturalnej (Musée Vert) we Le Mans, gdzie trafił z innego, francuskiego zbioru z końca XVIII-wieku. Nie wiemy co prawda, jak czaszka... Czytaj dalej →

Kierunek Norwegia

Ryten i plaża Kvalvika na Lofotach

Ryten i plaża Kvalvika to podobno jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc na Lofotach. I również jedno z tych miejsc, w których duża część odwiedzających archipelag chce mieć pamiątkowe zdjęcie. Przed moją wycieczką na Kvalvikę i Ryten usłyszałam od nowo poznanych znajomych – tam nie idźcie, tam jest dużo ludzi. Oczywiście nie posłuchałam, ale na wszelki wypadek na Kvalvikę udaliśmy się późnym wieczorem. Była to świetna decyzja.     Kvalvika Tuż przed początkiem szlaku znajduje się mały parking (pinezka tutaj), mimo późnej pory zapchany niesamowicie i ratuje tylko to, że auto, które wynajęłam jest malutkie i mieściło się wszędzie. Po drodze znajdują się inne parking, które zapobiegawczo oznaczono napisem “plaża Kvalvika znajduje się dalej”. Wybierając się w okolice Kvalviki, warto przygotować się, że poszukiwanie miejsca parkingowe może zająć chwilę. Polecam wybrać się jak najwcześniej lub wieczorem. Pierwszy cel to oczywiście malownicza plaża Kvalvika. Z parkingu do tego miejsca prowadzi łatwy i przyjemny, dwu kilometrowy szlak. Najtrudniejszy moment trasy to kilka ostatnich metrów z górki, ale naprawdę nie jest to nic trudnego. Dojście do samej plaży zajmuje około 40 minut.     Dlaczego ta plaża jest aż tak popularna? Znajduje się pomiędzy dwoma szczytami, dookoła cisza, błękitna woda i biały piasek. Ten widok, zwłaszcza podczas zachodu słońca, robi niesamowite wrażenie. Tuż obok plaży wiele osób rozbija namioty, aby o świecie ruszyć w dalszą drogę. Nie ma się co dziwić, to naprawdę piękne miejsce na spędzenie nocy, a poranek z takim widokiem to marzenie niejednej osoby. Obok Kvalviki znajduje się jej mniej popularna, ale na pewno dużo spokojniejsza “siostra”, mała plaża Vestervika.     Odwiedzić Kvalvikę i nie wejść na Ryten to spora strata, żal nie spojrzeć na tę okolicę z góry. Zarezerwujcie koniecznie więcej czasu na te okolice i z lazurowej plaży ruszajcie w dalszą drogę.   Ryten Trasa 1 Po chwili relaksu na plaży ruszam w dalszą drogę. Kvalvika była tutaj tylko miłym przystankiem, a punktem docelowym był szczyt Ryten (543 m.). Z plaży do przejścia zostało jeszcze około 2,5 km. Pierwsza część trasy to podejście dość mocno pod górkę, potem jest już dużo łatwiej. Im wyżej tym piękniejsze widoki za plecami. Rozglądajcie się.     Na samym szczycie jest sporo osób, ale patrząc na widoki dookoła nie dziwię się w ogóle. To po prostu piękne miejsce.     Powrót wybrałam inną drogą, robiąc kółko. Moja trasa wyglądała tak:     Polecam Wam właśnie taką wycieczkę. Powrót tą samą trasą jest zawsze mniej interesujący.     Trasa 2 Na Ryten można dotrzeć również inną trasą, rozpoczynając wędrówkę we Fredvang, parking znajdziecie tutaj. Droga w jedną stronę to około 5 km. Nie jest to szlak szczególnie wymagający, jego trudność określona jest jako “średnia”. Po drodze mijamy m.in. klimatyczną Fredvanghytta (aby do niej trafić należy zboczyć ze szlaku w jego połowie, trasa jest oznaczona). Co ciekawe, tę chatkę można wynająć m.in. na airbnb. Tras na szczyt jest więcej, a ja jedynie przedstawiam Wam dwie sprawdzone i najpopularniejsze. W te miejsca można dojść na wiele sposobów, a każdy z nich zapewnia niezapomniane widoki.     Zachód słońca Plaża Kvalvika i Ryten w blasku zachodzącego słońca wygląda obłędnie. Wracając do domu bardzo żałowałam, że tym razem na moją wyprawę wybrałam się bez namiotu. Na samą myśl o spędzeniu nocy w tym miejscu uśmiecham się szeroko. Każdemu, kto lubi takie widoczki, polecam spędzić tutaj noc. Jeżeli plaż ciągle Wam mało, zapraszam na wpis o innych lazurowych plażach na Lofotach >>> Sylwia.  

Artykuł Ryten i plaża Kvalvika na Lofotach pochodzi z serwisu Kierunek Norwegia.

Trolltunga

Kan du det? Przetestuj swoją znajomość gramatyki!

Wakacje powoli dobiegają końca, a to oznacza, że już wkrótce wielu naszych stałych uczniów i fanów powróci do Trolltungi i na naszego fanpage'a. Niezależnie od tego, czy pracowaliście sumiennie przez całe lato, czy też wrzuciliście trochę na luz, warto sprawdzić, co na początku nowego sezonu wymaga jeszcze powtórzenia – i właśnie z tej okazji przygotowaliśmy dla Was mały test gramatyczny, od zagadnień najprostszych do tych najbardziej wymagających. Koniecznie podzielcie się wynikiem! :) 1. I går

Nowa w Szwecji

Malmö, Szwecja: Czy można czuć się bezpiecznie w “wyklętym mieście”?

Spójrzmy prawdzie w oczy - przed tym tematem nie mogłam uciec. Dlaczego? Cóż, mroczne doniesienia o “islamizacji” Szwecji i wszechobecnym terrorze panującym w jej największych miastach, krążą w eterze od kilku lat. Nawet nie wyobrażacie sobie, czego musiałam nasłuchać i naczytać się w odpowiedzi na moją decyzję o przeprowadzce do Malmö. Linki do tragikomicznych artykułów z prawicowych portali informacyjnych czy kąśliwe życzenia powodzenia spływały zarówno od czytelników mojego bloga, jak i niektórych moich znajomych. Jeśli ktoś chciał mnie przestraszyć, to udało mu się, bo na początku z dużą nieufnością przemierzałam miasto. Teraz mieszkam w Malmö już dłuższy czas i nieustannie poznaję je ze wszystkich stron. Prawie codziennie piszą do mnie osoby, które mają obawy co do Szwecji, a w szczególności samego Malmö. Czy tutaj można czuć się bezpiecznie? Czy te wszystkie artykuły w sieci mówią prawdę? Czy istnieje przyczyna, dla której mielibyście nie zabrać tutaj swojej rodziny na weekend? Czy Malmö to wyklęte miasto, które Szwecja już spisała na straty i ze świecą szukać tutaj jakiegokolwiek Szweda? Postaram się odpowiedzieć na te pytania, ale muszę uprzedzić, że nie mam zamiaru przy tym wdawać się w dysputy odnośnie zasadności przyjmowania uchodźców, nie będę również polemizować ze statystykami, ani omawiać głównych wytycznych prawa szariatu. Chcę tylko dać Wam odczucie tego, co czuję ja, mieszkając w najbardziej multikulturowym mieście Szwecji. Zacznijmy od początku. Jak to się stało? Szwecja to naprawdę duży kraj. Duży, piękny i obfity w surowce naturalne, które od zarania dziejów ciężko było wykorzystać, przy tak małej populacji blondwłosych Szwedów oraz bardzo kiepskim sposobie zarządzania krajem. Wierzcie lub nie, ale jeszcze w połowie XX wieku, Szwecja zdecydowanie nie była krainą mlekiem i miodem płynącą. Szwedzi masowo umierali z głodu, cierpieli na alkoholizm i... migrowali do Stanów Zjednoczonych. Jasnogłowi wpadli więc na genialny pomysł, aby podrasować swoją demografię i zaczęli zapraszać do siebie kogo popadnie - każdemu gościowi z południa dawali opierunek, pracę, a nawet szwedzkie obywatelstwo. Do dzisiaj przodują też wśród europejskich krajów w ilości przyjmowanych uchodźców. Ta imigrancka utopia trwała do niedawna, bo zdaje się, że dopiero kilka lat temu Szwedzi uznali, że chyba idzie to w złą stronę. Nie wiem, czy wiecie, ale w listopadzie 2017 roku Szwecja została zaskarżona do Komisji Europejskiej za to, że wbrew unijnym przepisom o swobodnym przepływie ludności, utrudnia (nawet!) obywatelom UE pobyt w Szwecji (my, świeżo upieczeni imigranci, znamy te klimaty krwawej walki o numer personalny w szwedzkich urzędach). Ponadto, Szwecja jest obecnie uważana za kraj, w którym najtrudniej o azyl na całej kuli ziemskiej. Ah, ci muzułmanie Tak, Szwecja przyjmuje duże ilości uchodźców. Serio, duże. Wybaczcie, ale nie liczcie na poprawność polityczną z mojej strony - doskonale wiem, jak wyglądają Wasze obawy w kwestii bezpieczeństwa w Malmö. Uosabia je mniej lub więcej mężczyzna o ciemnej karnacji, z Koranem w kieszeni, turbanem na głowie i bombą pod pazuchą. A konkretnie: wielu takich mężczyzn. Ale próżno tutaj ich szukać. Malmö to 350-tysięczne miasto, w którym ponad połowa osób ma co najmniej jednego rodzica pochodzącego zza granicy. Czołowymi mniejszościami narodowymi w Malmö są... Duńczycy, Syryjczycy, Polacy i Bośniacy. Sami swoi, co? No cóż, może jednak ciemnowłosi Syryjczycy i kobiety w hijabach zdecydowanie bardziej rzucają się w oczy na tle naszych bladych twarzy. Mimo, że uchodźcy na pewno mocno w Szwecji namieszali, to uwierzcie mi, że mocno miesza tutaj też sto tysięcy polskich imigrantów. W dodatku, nikt Polaków nie szufladkuje, nie tworzy im obozów i nie wydziela im dzielnic do życia - nie sposób tutaj nie wspomnieć owianego złą sławą Rosengård, które jest dzielnicą zamieszkaną głównie przez wszelkiego pochodzenia muzułmanów lub przybyszów z Bliskiego Wschodu i rzeczywiście przestępczość w niej jest znacznie wyższa niż w innych częściach miasta. Wielokrotnie przejeżdżałam przez centrum Rosengård samochodem czy rowerem - ot, zwykłe blokowisko. Nie ma tam trupów na ulicach ani ściętych głów na palach. Poza boiskiem Zlatana Ibrahimovica, naprawdę nie ma po co tam iść. Lepiej obejrzyjcie Centrum i urocze osiedla starych, kolorowych domków, dopieszczonych przez starych, siwych Szwedów. Czy to jeszcze Szwecja? Nie da się zaprzeczyć, że dotychczasowa polityka migracyjna Szwecji ma swoje konsekwencje: ulice Malmö są dość kolorowe i multikulturowość aż kipi na chodnikach. Malmö, szyderczo nazywane jest nawet przez niektórych “wyklętym miastem”, które nie jest już szwedzkie, gdyż zwyczajnie nie ma już tutaj Szwedów... Po pierwsze - to bzdura. Co prawda tak zwani “Szwedzi o typowo szwedzkich nazwiskach” przestają tutaj dominować, ale wybaczcie, nie będę rozwodzić się nad kwestiami czystości krwi, gdyż tego typu retoryka jest poniżej ludzkiej godności. A po drugie! Byliście ostatnio w Paryżu, Londynie, czy chociażby Berlinie? Widzieliście jak wyglądają tamtejsze, europejskie przecież, ulice i jak wyglądają ludzie, którzy każdego dnia je przemierzają? Obojętnie czy byliście w tych miastach, czy nie, to zapewniam Was, że Malmö jest bardziej “szwedzkie” niż Paryż jest “francuski”, Londyn “angielski”, a Berlin “niemiecki”. Byłam osobiście w więcej niż połowie europejskich stolic, mieszkałam wcześniej w dwóch dużych miastach i często zastanawiam się czy wybrałabym wieczorem przejść się sama przez niesławne Rosengård czy przez ciemne uliczki Pragi Północ... i tak naprawdę nie wiem, co byłoby bardziej ryzykowne. Jedno jest pewne - gdyby przydarzył mi się wypadek, to wolałabym, aby leczył mnie wypoczęty i dobrze zarabiający szwedzki lekarz (nawet jeśli pochodzi z Syrii albo z Indii), a sprawą zajęła się dobrze zorganizowana szwedzka policja, która nie jest tutaj od szukania zaczepek i wlepiania mandatów, tylko od pomagania ludziom (swoją drogą, wiecie, że szwedzcy policjanci wożą w swoich wozach zapas paliwa, kable i inne pomocne rzeczy, które mogą przydać się pechowcom na drogach?). Jaka jest Twoja bańka? Ostatniej rzeczy, którą musicie wiedzieć, uczy się dzieci w szwedzkich szkołach - Polacy za to zdają się nie mieć pojęcia co to jest dezinformacja. Jeśli używacie Google do wyszukiwania informacji, a Facebooka do przeglądania niusów ze świata, to wiedzcie, że Wasza świadomość i Wasze horyzonty zamknięte są w tak zwanej bańce filtrującej. Oznacza to w skrócie tyle, że im więcej klikacie w pewne treści, im dłużej zatrzymujecie na nich wzrok i im więcej czytacie o danej rzeczy, tym więcej informacji o tej rzeczy będziecie widzieć w swoim news feedzie - niekoniecznie prawdziwych, ale zawsze tendencyjnych i subiektywnie wybranych dla Was przez cyfrowy algorytm. Jeśli więc lubujecie się w katowaniu siebie i innych chwytliwymi nagłówkami o upadku państwa szwedzkiego i wprowadzeniu w nim prawa szariatu, to niestety - Wasze Internety będą kręcić się wokół tego tematu już zawsze i bardzo możliwe, że przez Waszą osobistą bańkę strachu i hejtu, nigdy nie zobaczycie wielu pięknych miast, takich jak Malmö czy Sztokholm chociażby. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego ludzie, którzy mają swoje zdanie na jakiś kontrowersyjny temat, wydają się być święcie przekonani o swojej racji, a na Wasze kontrargumenty reagują oburzeniem i pytają skąd wytrzasnęliście takie informacje? To właśnie efekt bańki, samonapędzającego się strumienia opinii, który nigdy nie skieruje nikogo do przeciwnego brzegu. Pozostaje mi mieć nadzieję, że ten tekst zniesie Was w innym kierunku, niż wszystkie dramatyczne nagłówki z prawicowych portali. Jechać czy nie jechać? Malmö to duże (jak na szwedzkie standardy) miasto, które z otaczającymi je komunami oraz Kopenhagą po drugiej stronie mostu, tworzy naprawdę potężną aglomerację. W dużych miastach dzieją się różne rzeczy - słychać sygnały karetek, straży pożarnej, wozów policyjnych. Są tutaj lepsze dzielnice i gorsze dzielnice. Zdarzają się wypadki, kradzieże, napady, a nawet gwałty i morderstwa - dokładnie tak samo jak w innych większych, europejskich miastach. I dokładnie tak samo NIE biegają tutaj po ulicach bojówki islamskie w wystrzałowych kamizelkach, jak wiele osób zdaje się sądzić - wydaje mi się, że ludzie mają tu inne rzeczy do roboty. Zapewniam Was, że o ile nie przyjdzie Wam do głowy nocny spacer po najbardziej szemranych ulicach i blokowiskach, to nie przytrafi Wam się tutaj nic wykraczającego poza europejską statystykę i nic bardziej traumatycznego, niż ból zmęczonych nóg, przepełnienie karty SD w aparacie fotograficznym i ewentualnie drobne zderzenie z którymś z szalonych rowerzystów (bo samochodami jeździ się tu bardzo ostrożnie). Dajcie mi znać, gdy będziecie się tutaj wybierać - Malmö to piękne, żywe i kolorowe miasto, a ja na pewno Wam podpowiem, co koniecznie trzeba zobaczyć. Tyle z mojej strony jako przewodnika turystycznego. A co myślę jako imigrantka i Polka mieszkająca na co dzień w Szwecji? Cóż, szczerze mówiąc, moi sąsiedzi i ludzie, których mijam na ulicy, bez względu na ich pochodzenie, są na samym końcu w hierarchii moich zmartwień. Ale to już inna historia. I wiecie, co jest najlepsze? To, że nie przyjechałam tutaj z musu, że nie uciekłam z własnego kraju, do którego nie mogę wrócić i to, że kiedy przyjdzie mi uznać, że czuję się tutaj niebezpiecznie, zawsze mogę stąd wyjechać. Dla dociekliwych w kwestii imigrantów: wywiad z Polką, która pracuje z uchodźcami w Szwecji. Wszystko od kuchni, bardzo polecam!

Nowa w Szwecji

Moje TOP 9 Miejsc w Malmö + MAPA

Szwecja to geograficznie bliski Polsce, ale bardzo egzotyczny kraj. Polecam Wam wybrać się za morze, by powdychać trochę czystego powietrza i pozwiedzać przepiękną Skandynawię. Samolotem najbliżej, bo tylko 40 minut lotu z Gdańska, a nieco ponad godzinę z Katowic, macie do Malmö - i uwierzcie, że dużo lepiej trafić nie możecie! Zobaczcie, jakie są moje ulubione miejsca w mieście. Na końcu artykułu czeka na Was link do mapy. 1. Slottsträdgården i Slottsmöllan Te nazwy Was zabiją, wiem. Ale to, co się pod nimi kryje, totalnie Was zauroczy. Podczas gdy (moim skromnym zdaniem) zamek królewski w Malmö nie zasługuje na wiele uwagi, bo wygląda dobrze jedynie z góry, Ogrody Zamkowe to już zupełnie inna bajka. Wyobraźcie sobie, że jesteście w przepięknym królewskim parku - kręte żwirowe alejki wiją się pomiędzy idealnie przystrzyżonymi trawnikami, bardzo starymi drzewami, klombami kolorowych kwiatów i urokliwych stawów. Z daleka widać piękny, stary młyn, który w otoczeniu soczystej zieleni wygląda tak, jakby miała z niego zaraz wyskoczyć umorusana mąką królewna Fiona. I nagle, zjeżdżając z jednego z mostów, trafiacie do ogródka. Do swojskiego, podzielonego drewnianymi płotkami na grządki ogródka, ale zamiast marchewki i kalarepy, jest pełen kolorowych roślin z różnych zakątków świata. Idąc jego ścieżkami, dotrzecie do kawiarni - białego drewnianego budynku, gdzie możecie zjeść pyszne lody, napić się piwa, a przede wszystkim odpocząć w cieniu wśród różanych kwiatów. Bajka! 2. Ribersborgs Kallbadhus i Ribersborgsstranden Taką miejską plażę to ja rozumiem! Szeroka i piaszczysta plaża Ribersborg ciągnie się przez 2 kilometry wzdłuż wybrzeża Malmö. Gdy spojrzymy prosto na morze, część horyzontu zasłonią nam niezwykle fotogeniczne łaźnie, do których co bardziej uparci Szwedzi chodzą przez cały rok, aby kąpać się w morzu. Do budynku, który grał w pierwszym sezonie serialu “Bron”, prowadzi z plaży długie molo, ale nie musimy wieńczyć spaceru kąpielą - możemy zwieńczyć go kawą w klimatycznej kawiarence. To nie koniec - po prawej stronie czeka na nas jeden z lepszych widoków na symbol Malmö, czyli zakręcony wieżowiec Turning Torso, zaś po lewej stronie dostrzeżemy w dali Most Öresund. Gdy my podziwiamy, dzieci mogą bawić się na placu zabaw, biegać po trawie, pluskać się w morzu lub jeść lody. Idealne miejsce na zachód słońca! 3. Stare Miasto: Jakob Nilsgatan, Larochegatan, Lilla Torg “Gatan”, czyli uliczka. Moją ulubioną na Starym Mieście jest właśnie uliczka Jakoba Nilsa. Kolorowe, bardzo stare kamieniczki ciągną się wzdłuż niej aż do Zamkowego Parku - tutaj naprawdę można poczuć klimat starego Malmö. Gdy pójdziemy w stronę małego, ale niezwykle urokliwego Lilla Torg (dosłownie “małego skweru”), który stał się niedawno nieoficjalnym centrum miasta, będziemy mogli podziwiać świetnie zachowane, kilkusetletnie budynki. Prawdziwa cegła, pruski mur, drewno, kamień - miłośnicy dawnej architektury poczują się jak w raju. Wszystko to zaadaptowane na kawiarnie, restauracje i galerie sztuki. Wisienką na tym torcie jest Larochegatan - to nieodwoływalny fika alert ;) 4. Lernacken To mało popularne miejsce - aby dostać się na Lernacken, należy przejechać przez przepiękne osiedla dość bogatych dzielnic Limhamn oraz Bunkeflo. Na mojej mapie zaznaczyłam już-nie-takie-tajne miejsce, które możecie użyć jako parkingu dla auta, ale jak wszędzie w Malmö, lepiej wybrać się tam rowerem. To przepięknie położone, rozległe tereny rekreacyjne z oszałamiającym widokiem na Öresundsbron i Bunkeflostrand. Widać stąd także farmę wiatrową pośrodku Sundu oraz duńskie wybrzeże. Jeśli jesteście wyjątkowo uparci, to można tędy dostać się aż pod sam słynny most. W najwyższym punkcie Lernacken znajduje się też tajemnicze “coś” - jedni mówią, że to efektowny czujnik, inni, że to baza kontaktowa z obcymi cywilizacjami, ale zawsze możecie stworzyć własną teorię. 5. Alnarp Siedziba Szwedzkiego Uniwersytetu Rolniczego. Brzmi średnio? No to sami zobaczcie - wypadniecie z własnych butów. Bez wątpienia można nazwać to miejsce szwedzkim Hogwartem. Jedno jest pewne - każdy chciałby studiować w zamku, w otoczeniu przepięknych parków, ogrodu botanicznego oraz dawnych zamkowych budynków gospodarczych, zaadaptowanych na uczelniane sale, biblioteki i akademiki. A wszystko to rzut beretem od “szwedzkiego Miami”, czyli miasteczka Lomma. Już nie Malmö, ale jeszcze Malmö - wszystko dalej w zasięgu Waszych rowerów. To zdecydowanie moje ulubione okolice. 6. Västra Hamnen Wiele osób twierdzi, że Västra Hamnen „robi Malmö”. Port Zachodni, bo tak tłumaczy się tę nazwę, to nowoczesna dzielnica mieszkalna, zbudowana na miejscu dawnej, industrialnej dzielnicy portowej. Pamiętacie taką starą kreskówkę Hanna-Barbera, „Jetsonowie”, o rodzince która żyje w przyszłości? Taki właśnie klimat ma Västra Hamnen! Warto zrobić sobie dłuższy spacer wzdłuż wybrzeża na Sundspromenaden, gdzie mamy piękny widok na Cieśninę, następnie odbić w prawo wprost pod podstawę Turning Torso i zakończyć spacer przy Dockan Marina, gdzie najzamożniejsi mieszkańcy miasta trzymają swoje żaglówki. 7. Rosengård - miejsce, gdzie powstała legenda Wiecie, że jeden z najsłynniejszych na świecie piłkarzy, Zlatan Ibrahimovic, pochodzi właśnie z Malmö? Żeby tego było mało, dzieciństwo spędził w niesławnej dzielnicy Rosengård, gdzie mieszkał i uczył się kopać w piłkę. Teraz, skromne boisko pod jego blokiem, zostało pięknie wyremontowane i nosi dumną nazwę Zlatan Court. Można też podejść tuż pod drzwi klatki jego klatki schodowej. Zaraz obok jest wiadukt z wypowiedzianymi przez piłkarza słowami: „Można wyciągnąć człowieka z Rosengård, ale nigdy nie wyciągnie się Rosengård z człowieka”. 8. Gamla Limhamn i Kirseberg To dwie najstarsze, zaraz obok Starego Miasta, dzielnice Malmö. Nie zapomnijcie aparatu, bo są wyjątkowo „instagramowe” – uliczki kolorowych, uroczych domków sprzed wieku, niezwykle zadbanych przez szwedzkie rodziny, zupełnie nie wskazują na to, że jesteśmy niemal w centrum dużego miasta. Krajobraz wskazuje bardziej na baśniową wieś, a za rogiem spodziewać się można krasnala lub księżniczki. Polecam taki spacer w szczególności latem, gdy pod murami domów kwitną malwy. 9. Lomma Dojazd z centrum rowerem do “szwedzkiego Miami”, czyli miasteczka Lomma, zajmuje nieco ponad pół godziny. Lomma to magiczne, idylliczne miejsce i bardzo znany wakacyjny cel wszystkich Szwedów, ale próżno tam szukać rozległego turystycznego zaplecza rodem z polskich kurortów. Hermetyczne środowisko mieszkańców stworzyło sobie na Ziemi małą namiastkę raju – dowodzą tego również statystyki. Już nie Malmö, ale jeszcze Malmö - to zdecydowanie moje ulubione okolice, a zachody słońca na plaży w Lomma są najpiękniejsze! Transport Kiedy będziecie wjeżdżać do miasta, na pewno zobaczycie duże tablice, głoszące, że Malmö to “miasto rowerowe” i rzeczywiście tak jest - najlepiej i najbezpieczniej podróżuje się po nim rowerem lub… elektryczną hulajnogą. Możecie wypożyczyć je w wielu punktach w mieście – jedyne, czego potrzebujecie to aplikacja na telefon (rowery: Donkey Republic, Malmö by bike, hulajnogi: Voi, Lime, Tier). Jeśli chcecie skorzystać z autobusu czy pociągu, ściągnijcie apkę Skånetrafiken – możecie w niej znaleźć przystanek, trasę oraz kupić bilety. . Bez żartów - porzućcie samochody, gdyż żółwie tempo, pozamykane ulice oraz brak miejsc parkingowych doprowadzą Was do furii. Samochód przyda się tylko, gdy postanowicie wybrać się dalej za miasto - na przykład do mojego ulubionego Skanör czy do zamku w Torup. Skorzystajcie wtedy z zaznaczonych przeze mnie parkingów. Nie musicie mieć drobnych pieniędzy, wręcz przeciwnie - niewiele z nimi nie zdziałacie. Parkingi opłaca się przy użyciu karty bankowej lub aplikacji mobilnych. Mapa Malmö to naprawdę świetne i klimatyczne miasto - więcej lokalizacji, wartych odwiedzenia, znajdziecie na mapie, którą dla Was stworzyłam. Z takim materiałem, zaplanowanie wycieczki po Malmö będzie łatwizną! Oczywiście, na pewno nie uwzględniłam wszystkich interesujących punktów w mieście - wyszczególniłam tylko moje ulubione. Wiele jeszcze przede mną do odkrycia, więc jeśli dodalibyście coś do mapy, to koniecznie do mnie napiszcie!Jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości, na przykład co do własnego bezpieczeństwa w Malmö, to koniecznie zerknijcie na ten artykuł. Śledźcie też moje profile na Facebooku i Instagramie, jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o Malmö. Słonecznych wakacji! Wybierasz się do Malmö? Przeczytaj również: Malmö, Szwecja: Czy można czuć się bezpiecznie w “wyklętym mieście”? Szwedzkie Savoir-Vivre, Czyli Czego Nie Robić w Szwecji 11 Najczęstszych Błędów Polskich Turystów w Szwecji 5 popularnych mitów o Szwecji i Szwedach - prawdziwe czy nie? Moje Skåne - 10 Miejsc, Które Trzeba Zobaczyć w Skanii + MAPA

Nowa w Szwecji

"Nie mogę odnaleźć się w Szwecji"

Bardzo poruszają mnie Wasze wiadomości i komentarze dotyczące problemów z adaptacją do życia na emigracji. Szczerze? Niektóre mnie nawet smucą i denerwują. Nie mogę zrozumieć dlaczego ludzie sami sobie robią krzywdę. Nie cierpią kraju, do którego się świadomie przeprowadzili, nie lubią tutejszych ludzi, nie trawią stylu życia, nie mogą przywyknąć do zwyczajów, nie rozumieją mentalności narodowej...i tak od wielu, wielu lat. Otwarcie mówią, że jedyną rzeczą, która ich tutaj trzyma, są pieniądze. Może jestem jakaś dziwna, może źle myślę, ale powolne zabijanie samego siebie dla kasy totalnie mija mi się z celem egzystencji. Jasne, że nie każdy się w Szwecji odnajdzie - to kraj egzotyczny w stosunku do Polski. Trzeba mieć naprawdę konkretne uwarunkowania, aby czuć się tutaj dobrze i bardzo często to, czy się je ma, czy nie, wychodzi dopiero po czasie. I jasne, że trudno wrócić do Polski i znów żyć za polską wypłatę. Ale przecież! Na świecie jest prawie 200 państw i nigdy nie był on tak w zasięgu ręki jak teraz. Jeśli męczycie się w swoim środowisku, to nie tylko warto zastanowić się nad jego zmianą - bezwzględnie należy to zrobić. Jeśli Wy jesteście nieszczęśliwi, to nieszczęśliwi będą wszyscy dookoła Was. Ja zaryzykowałam. Wyszłam ze swojej strefy komfortu, zmieniłam całe swoje życie i zmieniam je nadal. Mam wiele do stracenia i jeszcze więcej do zyskania. Ale nie czekam na dzień, w którym będę mogła powiedzieć "było warto". Bo szczęście nie jest naszym celem, szczęście jest podróżą.

Nowa w Szwecji

Co łączy Wikingów z łączem Bluetooth, czyli 3 ciekawostki z czasów Wikingów

1. Trelleborg Znasz tę nazwę? No tak, to nieduże miasto i port, z którego można dostać się promem na drugą stronę Bałtyku. Tak naprawdę jednak "trelleborgen" to nazwa okrągłej, drewnianej, wikińskiej fortecy. Na terenie Szwecji i Danii można obecnie zwiedzić 8 muzeów powstałych na wykopaliskach "trelleborgów". W samym mieście Trelleborg, gród odkryto dopiero w 1988 roku, obecnie jego rekonstrukcja oraz muzeum znane są pod niezbyt oryginalną nazwą "Trelleborgen". 2. Bluetooth Nazwa tego sposobu przesyłu cyfrowych danych pochodzi od Haralda Sinozębego (szw. Harald Blåtand, ang. Harald Bluetooth), króla Danii i Norwegii, panującego w X wieku, który wprowadził chrześcijaństwo do Skandynawii oraz miał niebywałe zapędy imperialistyczne (próbował POŁĄCZYĆ podbite ziemie w jedno dobrze funkcjonujące królestwo). To właśnie za jego czasów wybudowano większość "trelleborgów", a szwedzcy archeolodzy wskazują, że najprawdopodobniej pochowany został w kościele w... Wiejkowie (woj. zachodniopomorskie, gmina Wolin, powiat Kamień). Symbol łącza Bluetooth, wymyślony w 1997 roku, to hybryda runicznego zapisu inicjałów Haralda: H (ᚼ) oraz B (ᛒ). Zrobiłam Ci dzień? 3. Hełmy z rogami Zapomnij, Wikingowie nigdy nie nosili czegoś takiego. To romantyczny wymysł artystów, oparty prawdopodobnie na starożytnej mitologii, który zapoczątkował Gustav Malström - żyjący na przełomie XIX i XX wieku ilustrator "Sagi o Frithjofie". I właśnie tam odleciał z rogatymi hełmami. Zakłamany wizerunek "barbarzyńskich" wojowników zadomowił się w naszych głowach na dobre, utrwalony przez malarzy oraz... Hollywood. Tymczasem Wikingowie na głowach nosili wełniane lub skórzane czapki, a podczas walki żelazne hełmy bez żadnych zbędnych elementów. Z bydlęcych rogów zaś pili podczas uczt. Słyszałam, że to wikińskie picie z jednego roga było początkiem filozofii "lagom" - każdy po kolei musiał wypić nie za mało i nie za dużo - dokładnie tyle, aby wystarczyło dla wszystkich. I co, ciekawe? To daj lajka i podziel się z innymi!

Nowa w Szwecji

Nordic Street Food

Nie jestem typem #foodie, szlajającym się po coraz to nowych restauracjach. W Szwecji jest to zresztą niezwykle kosztowne hobby - ceny posiłków i napojów w szwedzkich knajpach przewyższają kilkukrotnie te polskie. Dzisiaj przez zupełny przypadek trafiliśmy na niezwykłe miejsce - Nordic Street Food to mocno rozbudowany... food truck, stojący pośrodku starej, ogromnej, i poza nim pustej maszynowni. Cała oprawa, bardzo mocno low-budget'owa, nadaje temu miejscu naprawdę niesamowity klimat. Sposób podania potraw, bo w tekturowych kubkach, z początku zaskakuje, ale nie sposób się nie uśmiechnąć. Zamówiliśmy köttbullar z borówką, malutkie młode ziemniaczki z koperkiem oraz wybornie marynowane matjasy śledziowe, podane ze śmietanowym sosem, knäckebröd, szwedzkim masłem oraz lokalnym, długodojrzewającym żółtym serem. Czy można zjeść bardziej szwedzką kolację?

Pat i Norway

"Na zdrowie!" czyli ci nieuprzejmi Norwegowie.

Czy słyszałeś kiedyś Norwega mówiącego "na zdrowie" w odpowiedzi na czyjeś kichnięcie? A może wiesz, jak brzmi odpowiednik polskiego "na zdrowie" po norwesku? Dziś krótko o pewnej ciekawostce językowej.



AAATSJHOOO! czyli APSIK!

Jeśli zwróciłeś/aś uwagę na to, że nikt nie reaguje w Norwegii na kichające osoby to dobrze Ci się wydaje. Rzadko kiedy usłyszymy to z ust tubylców a jeśli już to raczej od osób starszych. Wynika to z pewnej ciekawostki kulturowej o której rzadko kto już pamięta - a tym samym nie używa tej formy. Gotów na odrobinę magii?

PROSIT! 

W dawnych czasach wierzono, że kichnięcie powoduje wystrzelenie duszy w eter. Dosłownie - że dusza opuszczała nasze ciało w tym momencie. Problem polegał na tym, że dusza "na wolności" była narażona na spotkanie złych mocy. A to mogło sprawić, że opęta ją diabeł. Na szczęście można było tego uniknąć przy pomocy jednego magicznego słowa. PROSIT (czyt. PRUSIT) wypowiedziane przez kogoś po kichnięciu skutecznie zatrzymywało ciemne moce. 

Samo słowo PROSIT z łaciny PRO SIT znaczy "niech tak się stanie/niech Ci to zrobi dobrze". W tej samej formie można je znaleźć w języku szwedzkim czy włoskim. Jeśli prosit przywiodło Ci na myśl niemieckie "Prost"(na zdrowie) to prawidłowo, bo są ze sobą związane. 

"PROSIT" jest używane już za archaizm i dlatego tak rzadko możemy je usłyszeć. To nie ma nic wspólnego z uprzejmością/nieuprzejmością Norwegów. 

Ciekawostka:
Chociaż po polsku "na zdrowie" jest używane zarówno jako toast i jako odpowiedź na kichnięcie, w języku norweskim jest (jak już pewnie zdążyłeś drogi czytelniku zauważyć) inaczej. Nie możemy bowiem użyć "prosit" wznosząc toast. W Norwegii używa się "SKÅL"(czyt. SKOL). Słowo to oznacza naczynie wypełnione trunkiem, który należy wypić na czyjąś cześć.

Jak Ci się podoba dzisiejsza ciekawostka?
Pozdrawiam,
Pati

Szwecjoblog - blog o Szwecji

Prawo Jante, Sandemose i Springer

Z klasykami literatury, tytułami kultowymi często jest tak, że to lektury niełatwe. Z jednej strony od razu mogą kojarzyć się z lekturami z czasów nauki w szkole lub na studiach. Mogą próbować narzucić nam, jak powinniśmy je odczytywać i odbierać ("jak zachwyca, kiedy nie zachwyca"). Z drugiej, to często pozycje, które zdążyły zacząć żyć własnym życiem, znalazły swoje miejsce w kulturze, cytaty z nich powtarzane są w oderwaniu od samego dzieła. A taka właśnie jest książka Uciekinier przecina swój ślad (przed tegorocznym wydaniem w Polsce znana z opracowań jako Uciekinier w labiryncie), którą w latach 30. napisał Aksel Sandemose.



To w niej sformułowane zostało tak zwane prawo Jante, jedno z pojęć, które nieustannie przewija się w rozważaniach nad skandynawską mentalnością. I choć powstała ponad osiemdziesiąt lat temu, w polskim tłumaczeniu ukazała się dopiero teraz. Co ciekawe, polskiej premierze Uciekniera... towarzyszy premiera nowej książki Filipa Springera Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz, w której autor opisuje swoją podróż na Północ w poszukiwaniu Jante - literackiego pierwowzoru, ale i tego skandynawskiego ducha, tkwiącego w ludziach na co dzień. Nie wiem, skąd wziął się ten pomysł, czy Springer napisał książkę wiedząc o planach wydania Uciekiniera..., czy wydanie książki duńsko-norweskiego autora miało niejako być odpowiedzią na padający w Dwunastym... zarzut, że mało kto z piszących o Jante tak naprawdę czytał oryginalne dzieło. Tak czy inaczej - pomysł Wydawnictwa Czarnego uważam za niezwykle ciekawy. I dający się podsumować tak, jak zresztą robi to jeden z bohaterów u Springera:
Niezły pomysł, trochę szalony.  [...] Bo kto dziś czyta Sandemosego? 
Dlaczego na Szwecjoblogu piszę o książce duńsko-norweskiego autora, którego akcja rozgrywa się w fikcyjnym duńskim mieście i o książce, która w większości opisuje właśnie Danię? Bo prawo Jante to tak właściwie pojęcie, które można odnieść do Północy w ogóle. Znów zacytuję Springera:
Duńczycy i Norwegowie mają Janteloven.
Szwedzi - Jantelagen.
Farerzy - Jantulógin.
Islandczycy - Jantelögin.
Finowie - Janten laki.
Ale wszyscy doskonale się rozumieją.
Wróćmy jednak do skandynawskiego autora. Aksel Sandemose pisał nowele i powieści po duńsku (np. Fortællinger fra Labrador - Opowiadania z Labradoru, Ungdomssynd - Grzech młodości), opierając się na swoich przeżyciach związanych przede wszystkim z pracą marynarza. Jego pierwszą książką po norwesku była En sjømann går i land (Marynarz schodzi na ląd) z bohaterem marynarzem Espenem Arnakke. Arnakke zabija człowieka, kierowany sprzecznymi uczuciami: podziwem i zazdrością, miłością i nienawiścią. Wierzy też, że do morderstwa w pewnym sensie doprowadziło go dzieciństwo przeżyte w zamknięciu opresyjnych zasad określających miejsce jednostki w niewielkiej społeczności miasta Jante. I to właśnie do tego powraca w Uciekinierze przecinającym swój ślad, noszącym zresztą podtytuł: Opowieść o dzieciństwie mordercy - książce, która przyniosła mu największy rozgłos.

Uciekinier przecina swój ślad to z jednej strony portret Jante jako społeczności, zbiorowości, o prowincjonalnej mentalności, kształtowanej między innymi przez religię i abstynencję, gdzie nie ma miejsca na anonimowość. To także portret pojedynczych postaci, ludzi niewdzięcznych, ciągle obserwujących i oceniających siebie nawzajem. Jak opisuje je główny bohater-narrator:
Jante to miasto dla skromnych, ciężko pracujących ludzi. Jest pięknie położone, chociaż dość nisko, więc jesienią niektóre jego części bywają zalewane. Otoczenie miejscami jest naprawdę bardzo piękne - uśmiechnięty, zmienny krajobraz. [...] Ale dla mnie to najbardziej szare miejsce na świecie. Dla mnie to miasto jest czymś zupełnie innym, a mianowicie moim prywatnym stosunkiem do wielu postaci. Gdybym wychował się w Arendal albo w Jönköping, moje uczucia wobec tych miast byłyby przypuszczalnie takie same.
Uciekiniera... czytało mi się niełatwo. Miesza się tu realizm z majakami, perspektywa dziecka z perspektywą dorosłego. Bez wątpienia jednak najciekawsze było dotarcie do najsłynniejszego, cytowanego po wielokroć "dekalogu" Jante:



Kilkadziesiąt stron później uzupełnione zostaje o jeszcze jedno:
11. Myślisz, że nic o tobie nie wiemy?

A z tego miejsca rusza Filip Springer:


Prawo Jante, zakotwiczenie w skandynawskiej tożsamości, rzeczywiście fascynuje. Wspominałam zresztą o tym w I cóż, że o Szwecji:
Długo byłam przekonana, że obecnie Jantelagen to wyświechtane, puste hasło, że takimi kategoriami się już nie myśli, bo mamy przecież łowców talentów, wyścig szczurów. Miałam wrażenie, że o prawie Jante czyta się dziś tylko w podręcznikach do nauki języka szwedzkiego. Myślałam, że zapytanie Szweda, jak Jantelagen ma się do stereotypowego szwedzkiego umiarkowania i pokory, byłoby jak pytanie Polaków o to, jak postać Pana Twardowskiego ma się do stereotypowej polskiej zaradności i sprytu (do czego ostatnio nawiązują zresztą krótkometrażowe filmy w reżyserii Tomasza Bagińskiego). A tu proszę. Oglądam jeden z pierwszych odcinków nowego sezonu szwedzkiego Idola: prowadzący rozmawia z dwudziestotrzyletnią uczestniczką. Kiedy pada pytanie, dlaczego dziewczyna zgłosiła się do programu i czy sądzi, że może wygrać, zaczyna się krygowanie. Bo w Szwecji mamy przecież Jantelagen i właściwie nie wypada mówić, że wierzy się w swoje szanse na wygraną, ale z drugiej strony chciałaby rzucić zasadom Jante wyzwanie. Kilka dni później wybrałam się na plenerowy koncert w centrum Göteborga. Kiedy przychodzi moment dziękowania publiczności, wykonawców znów krępuje prawo Jante. Niby rozpiera ich duma z tego, co robią, i radość z tłumu zgromadzonych pod sceną słuchaczy. Ale żeby tylko nikt nie zaczął podejrzewać, że jako zespół myślą sobie, że są kimś, że są lepsi od innych, że publiczności na nich zależy!
Później słyszę jeszcze odcinek mojego ulubionego szwedzkiego podcastu Konsten att vara Clary Henry i Gustafa Jernberga poświęcony właśnie radzeniu sobie z Jantelagen: prowadzący przeciwstawiają zasady rodem z Jante odnoszeniu sukcesów, pewności siebie i głoszeniu "niepopularnych opinii", o których ostatnio tak często słyszę u szwedzkich influencerów. O konflikcie między Jante a sławą i sukcesami opowiadał też Alexander Skarsgård goszcząc u Stephena Colberta. 



W tych przykładach przestrzeganie prawa Jante kojarzy mi się z rozwijaniem syndromu oszusta: braku wiary we własne osiągnięcia, uważania ich za dzieło przypadku i lęku przed ujawnieniem niekompetencji. Jednocześnie wydaje mi się to - paradoksalnie - w nieco innym odczytaniu iść w parze z tak bardzo przecież skandynawską wiarą w równe traktowanie i tolerancję.

Czy Aksel Sandemose rzeczywiście wymyślił prawo Jante, czy tylko po prostu opisał panujące w tym czasie wartości, ukształtowane przez purytanizm i ruchy trzeźwościowe? Elisabeth Åsbrink o obecności Jante w Szwecji tak pisze w książce Made in Sweden. 60 słów, które stworzyły naród (Wielka Litera):
Najważniejszą konsekwencją, jaką przyniósł purytanizm, był zakaz wywyższania się. Indywidualizm był w porządku – o ile tylko nie oznaczał zbytniej pewności siebie. Aż do 1934 roku było to szwedzką wartością, która nie doczekała się własnego określenia. Ale kiedy duńsko-norweski pisarz Aksel Sandemose wydał powieść Uciekinier w labiryncie, nagle stało się jasne, jakim pojęciem powinno się opatrzyć zasadę, którą wszyscy znali, stosowali, ale nikt jej nie nazwał: „Nie myśl, że jesteś kimś”. Prawo Jante. Zakaz zbytniej pewności siebie. Tu koło się zamyka. Ruchy społeczne wciąż zostawiają swój ślad. Sandemose zaczerpnął dziesięć przykazań Prawa Jante z duńskiego ruchu trzeźwościowego, w który zaangażowany był jego ojciec. Znalazł je w jego dzienniku, różniły się tylko tym, że każde zdanie kończyło się tymi samymi dwoma słowami: Nie myśl, że jesteś kimś, k i e d y   p i j e s z. 
Prawo Jante ukształtowało w pewnym sensie skandynawską tożsamość dlatego, że można się było w nim odnaleźć, że w istnienie Jante, nie tyle tego geograficznego, ale raczej mentalnego, dało się uwierzyć. Stwierdzić, że społeczność rzeczywiście tak działa i... ma działać. 

Jante dziś to inne Jante niż to sprzed osiemdziesięciu lat. Wyznaczają je nie ruchy religijne i trzeźwościowe, ale ruchy migracyjne (nawiązuje do tego jeden z rozmówców u Springera) i kult jednostki, kult celebrytów podsycany przez media.


PS Dla tych, którzy polubili pisanie Springera o architekturze i publicznej przestrzeni mam dobrą wiadomość. W moim odczuciu Dwunaste... to książka niejako złożona z kilku książek (taką myśl nasuwa zresztą forma przedstawienia spisu treści) - są tu reporterskie rozmowy o Jante, jest tu pogoń za fikcyjnym Olem (połączenie fiction z non-fiction od razu budzi skojarzenia z Sandemosem i Jante - fikcyjnym, choć podobno mającym przełożenie jeden do jednego na mieszkańców Nykøbing Mors), ale są tu też... mosty. Nie bez powodu poświęca się im uwagę w książce o Północy z ucieczką w tytule:
Poza tym, odkąd istnieją mosty łączące wyspę ze stałym lądem, nie ma już sensu uciekać. Mosty niweczą każdą próbę. Sprawiły, że każda ucieczka jest tylko złudzeniem, niczym więcej.
Aksel Sandemose, Uciekinier przecina swój ślad. Opowieść o dzieciństwie mordercy
(En flyktning krysser sitt spor. Fortelling om en morders barndom)
przeł. Iwona Zimnicka
Wydawnictwo Czarne
2019

Filip Springer, Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz
Wydawnictwo Czarne
2019

Szwecjoblog - blog o Szwecji

Szwedzkie jedzenie - jak je wymówić?

Kto nigdy nie zastanawiał się, jak wymawia się croissant, de volaille, gnocchi, tagliatelle, guacamole czy inne chow mein? Kuchnia szwedzka nie jest tak popularna jak francuska, włoska czy azjatycka, więc okazji do zamawiania szwedzkich dań nie ma na co dzień tak dużo, ale co jeśli wyjedziecie do Szwecji i chcielibyście w restauracji albo kawiarni poprosić o jedzenie i być zrozumiani? Albo jeśli po powrocie z wycieczki chcielibyście opowiedzieć znajomym, co jedliście? Dlatego właśnie pomyślałam, że komuś z Was może przydać się taki wpis. Może nie będę miała tak zabawnych anegdot i ważnych ostrzeżeń jak to, by nazwę makaronu penne wymawiać zaznaczając wyraźnie podwójne N, żeby przypadkiem w knajpie nie poprosić o... penisa. Ze zbyt dokładnym wymawianiem zresztą też nie przesadzajcie, jak bohater tego filmiku:




No dobrze, od czego więc zaczniemy? Oczywiście od szwedzkich klopsików, köttbullar! Historii i popularności mięsnych kulek poświęciłam cały wpis - KLIK! Ale jak się je właściwie wymawia?


A więc niezależnie od tego, czy klopsiki lubicie czy nie, proszę, nie mówcie o nich jako shitbullar😉 Pamiętajcie też, że forma köttbullar to liczba mnoga od słowa en köttbulle. Często słyszałam, że ktoś w Ikei zamówił sobie "köttbullary" - na początku trochę mnie to raziło, ale z drugiej strony przecież zjadamy też krakersy i nuggetsy, z liczbą mnogą angielską i polską jednocześnie. A! I jeszcze jedno! Dżem, jaki dostajecie do klopsów, to nie tyle żurawina (tranbär) tylko borówka brusznica (lingon



Lubicie jedzenie w stylu zero waste, takie trochę dania "na winie", bo trafia do nich, co się nawinie? 😉 Pewnie polubicie potrawę pyttipanna (zapisywaną też jako pytt i panna, co trochę czytelniej może pokazywać znaczenie nazwy, dosłownie: drobne rzeczy na patelni). Do pyttipanny powinny nawinąć się drobno pokrojone ziemniaki, cebula i mięso (na przykład wołowina, wieprzowina albo po prostu kiełbasa czy klopsiki), często to typowe resztki z obiadu. Na talerzu towarzyszy jej zazwyczaj jajko smażone i marynowane buraczki.



Innym znanym klasykiem jest Janssons frestelse, dosłownie: pokusa Janssona, warstwowa zapiekanka z ziemniaków, cebuli i anchois w szwedzkim rozumieniu, czyli konserwy ze szprotek. Wymawia się ją tak:


A jeśli zamiast mięsnych i rybnych przysmaków wolelibyście po prostu wsunąć naleśniki, to poproście o pannkakor 


Pamiętajcie też, że wiele szwedzkich restauracji ma w ofercie dagens rätt/dagens lunch, danie/lunch dnia, nazywane często po prostu dagens. Serwowane jest oczywiście w określonych godzinach dnia (na przykład 11.00-15.00) i skorzystać można z niego w korzystnej cenie, często nawet 90-100 koron. W tę cenę zazwyczaj wliczony jest bar sałatkowy, pieczywo, zimny napój oraz kawa (o sposobach na w miarę tanie podróżowanie po Szwecji pisałam TUTAJ). Dagens wymawia się tak:
/


Naszym obowiązkowym zamówieniem podczas wycieczek po Szwecji jest kanapka z krewetkami, räksmörgås. Oprócz krewetek znajdziecie na niej sałatę, jajka, majonez, często także kawior, a do tego podawana z kawałkiem cytryny. Räksmörgås ma formę otwartej kanapki, przy czym samego pieczywa często nie widać nawet pod "obkładem". Kanapkę czytamy tak:



Jeśli rozmawiamy o szwedzkim jedzeniu, koniecznie trzeba wspomnieć o śledziach! Na przykład popularnych także i u nas klasycznych matiasów, czy właściwie śledziach à la matias, matjessill, w octowej zalewie z przyprawami.
Zbitkę TJ w słowie matjes można wymówić też tak, że przypomina trochę angielskie słowo matches - to wykorzystano w reklamie puszkowanych matiasów Abby:



Warto wspomnieć jeszcze o torcie kanapkowym, smörgåstårta, czyli takiej jakby wielkiej, wielopiętrowej kanapce, najczęściej z pieczywa tostowego, przekładanej rozmaitymi pastami lub serkami do smarowania i dekorowanej na przykład warzywami tak, by wyglądała jak tort - świetnie sprawdza się na przykład jako przekąska na imprezach. Ten nietypowy "tort" po szwedzku wymawiany jest tak:


No dobrze, to teraz pora na słodkości! Pewnie doskonale znacie bułeczki cynamonowe, kanelbullar. Ich nazwa ma w sobie tę samą cząstkę co klopsiki (te dosłownie są mięsnymi bułeczkami właśnie). Teraz już będziecie wiedzieć, że w szwedzkiej kawiarni czy piekarni możecie poprosić o:
(słyszycie tę charakterystyczną melodię w wyrazie? Tak właśnie brzmią szwedzkie złożenia, sammansättningar, pisałam o nich m.in. TUTAJ i TUTAJ)



Lubianą słodkością jest są też marcepanowo-ponczowa roladka punschrulle nazywana też odkurzaczem, dammsugare. Poznacie ją po charakterystycznym kształcie i zielonym kolorze marcepanu, na przykład na zdjęciu niżej z "łupami" z zimowej wycieczki do Sztokholmu. Jak wymówić nazwy takiej roladki? Tak (i to też złożenia):
/




Na zdjęciu widzicie też czekolady kultowej wręcz marki Marabou. Czy wiecie jak się ją czyta? Usłyszycie to na przykład w reklamie czekolady sprzed kilkunastu lat. Hasłem kampanii było: "Ile kostek cię uszczęśliwi" / "Po ilu kostkach się uśmiechniesz" - brzmi znajomo, prawda?



A skoro była już mowa o zielonym marcepanie, to wspomnijmy jeszcze o "torcie księżniczki", prinsesstårta, o którym pisałam na blogu w TYM wpisie. Lubicie? Czy to dla Was za dużo słodyczy? Tak czy inaczej, warto wiedzieć, jak tę słodycz nazywają Szwedzi:



Nie zapomnijcie też o innym ważnym słowie: fika! Poczytajcie o nim TUTAJ, a potem posłuchajcie, jak wymawiają je Szwedzi. I jak można kogoś na fikę zaprosić!






A na koniec: ciekawostka! Jest kilka takich produktów spożywczych, które Szwedzi nie wiedzą, jak wymówić! 😉 No dobrze, nie tyle nie wiedzą, co nie są zgodni, jak je wymówić, to znaczy nie ma jednego standardu wymowy, a akceptowanych jest kilka wariantów. Dotyczy to takich słówek jak:

kex
/


Całe zamieszanie bierze się tu stąd, że według zasad szwedzkiej wymowy K, po którym następuje samogłoska E, powinno się czytać jak "Ś". Tylko że słowo kex w języku szwedzkim to zapożyczenie: pochodzi od angielskiego cakes  czytanego przecież przez K (a pamiętacie, że wspominałam już o tym, jak można się obchodzić z obcą końcówką liczby mnogiej? Kex doświadczył tego samego co nasze czipsy!). O tym "konflikcie" między 'keksem' i 'sieksem' śpiewają Go Royal w piosence Swedish Fika, która jakiś czas temu stała się internetowym wiralnym sukcesem:



kaviar
/
Słyszycie pewnie, że to, którą sylabę zaakcentujemy, wpływa na długość i brzmienie samogłoski A. W reklamie popularnej pasty rybno-kawiorowej Kalles Kaviar nazwa produkty czytana jest jednak przez "A" (w reklamie pada komunikat: "Ważna wiadomość od Kalles Kaviar: bawienie się jedzeniem jest zupełnie okej")




lakrits
/


Z lukrecją jest ten sam problem, co z kawiorem! I nie mam tu na myśli wstrzelenie się w czyjś gust i upodobania kulinarne, ale kwestie akcentu i długości samogłoski w wyrazie. 

PS Wymowa, którą prezentuję Wam we wpisie, pochodzi ze strony Forvo. 
O Forvie napisałam już kiedyś osobny wpis, jeśli uczycie się języków, nie tylko szwedzkiego, albo w Waszej pracy zdarza się Wam zmierzyć na przykład z obcymi nazwiskami, ta strona bardzo może się Wam przydać, poczytajcie: KLIK!

Norwegolożka

Dlaczego tak tu pusto?

Co się będzie działo na blogu w najbliższych miesiącach?

SKANDIS

Ragnhild, duch walkirii i impotencja – o pewnym XIV-wiecznym procesie o czary w Norwegii.

Każdy z Was pewnie słyszał o polowaniach na czarownice, które nie ominęło też Skandynawii. Wprawdzie tam magią parali się dawni bogowie, niemal każdy rodzimy mieszkaniec Laponii, niezależnie od płci, uchodził kiedyś za czarownicę czy czarownika, a i w ludowym folklorze znalazłoby się sporo rzeczy, które można podciągnąć pod praktyki magiczne, ale wraz we wzrostem znaczenia... Czytaj dalej →

Norwegolożka

Czy Norwegowie są religijni?

Czy Norwegowie są religijni? Jak świętują najważniejsza wydarzenia w życiu takie jak ślub czy chrzest? Co dał Norwegii "rozwód" z kościołem?

poFIKAsz?

Komunikacja miejska w Sztokholmie

Jeśli wybierasz się do stolicy Szwecji, warto dowiedzieć się jak wygląda komunikacja miejska w Sztokholmie. Jak poruszać się po mieście, ile kosztują bilety i co warto wiedzieć? Sztokholm położony jest na 14 wyspach, które łączyContinue reading

Artykuł Komunikacja miejska w Sztokholmie pochodzi z serwisu poFIKAsz?.

poFIKAsz?

Tajemnice Blekinge

Blekinge… Region Szwecji, który znajduje się tuż po drugiej stronie morza Bałtyckiego. Zaraz obok Skåne jest najczęściej odwiedzanym przez Polaków miejscem w Szwecji. Jakie tajemnice skrywa Blekinge? Blekinge to najmniejszy szwedzki region o powierzchni nieprzekraczającejContinue reading

Artykuł Tajemnice Blekinge pochodzi z serwisu poFIKAsz?.

SKANDIS

Kamień runiczny z Malsta (Hs14) – runy bez pnia o Hé-Gylfe i lokalnym kamieniołomie.

Bohaterem dzisiejszego wpisu z cyklu runicznych ciekawostek jest kamień runiczny z Malsta w gminie Hudiksvall, w regionie Hälsingland – w środkowej Szwecji. Wyryte na nim znaki są najdłuższą, znaną nam inskrypcją wykonaną przy użyciu tzw. run bez pnia. Runy krótko- i długogałązkowe kojarzy każdy, ale w okresie wikingów używano też trzeciego wariantu: run bez pnia,... Czytaj dalej →

Szkice Nordyckie

„Nikt mnie nie ma” Åsa Linderborg

Åsa Linderborg w 2007, gdy ukazało się Nikt mnie nie ma słynęła z wyrazistej publicznej postawy, bezkompromisowego pióra i ciętej retoryki. Znana była z krytyki wszystkiego co dotyczy USA, wojny w Iraku, a za nieugięte kwestionowanie sensu ataku USA na Irak, „Expressen” przypięło jej łatkę faszystki. Jej powieść zaskoczyła wszystkich. Nikt po tak drapieżnej publicystce […]

Artykuł „Nikt mnie nie ma” Åsa Linderborg pochodzi z serwisu Szkice Nordyckie.

Farerskie kadry

Farerska rozmowa – Marcin Michalski (część 2)

Dziś zapraszam na ciąg dalszy rozmowy ze współautorem pierwszej polskiej książki poświęconej Wyspom Owczym – „81:1. Opowieści z Wysp Owczych” – Marcinem Michalskim. Przeczytaj część pierwszą Zainspirowany “farerskim psychotestem” z naszego spotkania w ramach Nordic Talking, pozwól, że zrewanżuję się podobnym pytaniem. Jakie skojarzenie przychodzi Tobie na myśl w związku z tymi farerskimi miejscami i […]

Artykuł Farerska rozmowa – Marcin Michalski (część 2) pochodzi z serwisu Farerskie kadry.